Bułgaria – co zwiedzić w regionie Złotych Piasków

To dzisiaj będzie o odpoczynku, który nie daje okazji do zmęczenia, wyciorania i narobienia sobie bąbli (przynajmniej w teorii).

Z racji atrakcyjnej ceny i bliskości Bułgaria to jeden z ulubionych kierunków wakacyjnych wojaży Polaków. Więc – szczerze mówiąc – do tej pory unikaliśmy go jak ognia 🙂 No, ale w tym roku i nas dopadło pragnienie beztroskiego wylegiwania się w ciepłych krajach, a hotel Topola Skies kusił nas tym, co jest kluczowe przy dwójce małych dzieci … wielkimi apartamentami 🙂

Dla rodzin z dziećmi
Te apartamenty, to koniec końców okazała się lekka podpucha, bo, owszem, pokoje 71 m były, z tym, że akurat nam się nie dostały 🙂 Ale i tak to, co nam zaoferowano, było przestronne, klimatyzowane i wygodne. W Topola Skies było ponadto wszystko to, czego potrzebowały nasze dzieci do relaksu: mnóstwo odosobnionej przestrzeni, kilka placów zabaw i świetne brodziki – odgrodzone murkiem od głębokiego basenu, tak, że dzieci mogły pluskać się w płytkiej wodzie, a rodzice ćwiczyć nogi na głębokiej.

Stałym punktem programu były też nasze wizyty w mini-disco, gdzie co wieczór zaglądał Scooby-doo, by zatańczyć z dziećmi „w pociągu”. Nadia i Borys nie oglądają zbyt wielu bajek, więc te animacje były dla nich niczym najbardziej fascynująca dobranocka. Wyczerpane wrażeniami (i słońcem) spały potem snem sprawiedliwego do białego rana.

Morza szum
Do pełni szczęścia naszym dzieciakom brakowało tylko wielkiej plaży, choć i na tej, na której bywaliśmy, dało się wybudować zamki.

Z Topola Skies do morza mogliśmy się dostać na dwa sposoby – busem (hotelowe busy kursowały na plażę od 9-18 co pół godziny) lub pieszo: stromą, acz urokliwą ścieżką ekologiczną (której jednak nie polecamy rodzinom z małymi dziećmi, chyba że sobie na plażę weźmiecie obuwie sportowe i pod warunkiem, że lubicie taskać na plecach swą progeniturę).
W regionie Złotych Piasków nie spotkaliśmy jednak tak szerokich i czystych plaż, o jakich opowiadali nam znajomi podróżujący rok w rok do Słonecznego Brzegu. Nasza plaża była generalnie wąska, część nieodpłatna malutka, a morze – choć ciepłe – to nieprzyjemnie zaglonione. Ja tam w każdym razie nie lubię pływać, jak mi się coś oślizgłego co chwila do nóg przyczepia, a woda jest tak ciemna, że nie widzę, co to. Więc choć na publicznej plaży było ogólnie czysto, to niezbyt przyjemnie i nieco ciasno.

Ciutkę lepiej wyglądało to na części płatnej – gdzie za 5 euro rezerwowało się parasol i worek z piaskiem spełniający funkcję leżaczka:)

Co zwiedziliśmy w regionie Złotych Piasków
Co dwa-trzy lata zdarza nam się jechać na beztroskie wakacje, takie jak te. Idziemy do biura podróży, wybieramy miejsca i opcję „all in” i niczym się nie przejmujemy. Przy dwójce dzieci jest to bardzo wygodne. Ale jeszcze nigdy nam się nie zdarzyło, żebyśmy wysiedzieli na miejscu cały tydzień. Wypożyczalnie samochodów można znaleźć w każdej turystycznej miejscowości. Nie inaczej było tym razem.

Varna

Naszym głównym celem była Msza Święta, na którą zdążyliśmy ledwo, ledwo, bo parkowanie w tamtejszych okolicach do najprostszych nie należy (choć znajomość cyrylicy nieco ułatwiła nam samodzielną eksplorację terenów ;). Swoją drogą, jeśli bywacie na zagranicznych urlopach i chcielibyście znaleźć miejsca, gdzie sprawuje się Eucharystie w języku polskim, zaglądnijcie tu.

Sama Varna to dość rozległe miasto, którego turystycznym centrum jest Park Nadmorski. Zanim jednak do niego wejdziemy, warto zajrzeć do przepięknej – choć wtłoczonej w miejski krajobraz – Katedralnej Cerkwi Zaśnięcia Bogurodzicy.

Stamtąd dynamicznym krokiem w niecałą godzinkę przeszliśmy wzdłuż Park Nadmorski i zabraliśmy dzieci do delfinarium. O delfinarium rezydentka opowiadała nam takie rzeczy, że spodziewaliśmy się co najmniej basenu olimpijskiego i setki delfinów tańczących na wodzie 😉 Rzeczywistość okazała się bardziej realna, ale i tak półgodzinne show z czterema delfinkami w roli głównej zrobiło na naszych maluchach piorunujące wrażenie (te 45 minut, o których piszą na bilecie, to liczą chyba z dojściem na miejsce ;)).

Bałczik

To małe, urokliwe miasteczko położone jest niecałe 20 minut jazdy samochodem od Topoli. Tam czas upłynął nam na zachwytach nad przyrodą i podziwianiu letniej rezydencji rumuńskiej królowej Marii, wyznawczyni bahaizmu (religii, która jest osobliwym połączeniem trzech głównych religii monoteistycznych). Dzieciaki zrywały więc winogrona prosto z drzewa, a my śledziliśmy zagadki architektury przełomu XIX/XX wieku.

Uwaga! Nie polecamy wybierać się tam z wózkiem. Kompleks położony jest na dość stromym zboczu i można tam dowolnie spacerować wybrukowanymi ścieżkami i kamiennymi schodkami. Rezydencja królowej łączy się z rozległym ogrodem botanicznym z imponującą kolekcją kaktusów – przy czym zorganizowane to wszystko jest nieco zabawnie, bo przy wejściu kupuje się dwa różne bilety w dwóch różnych, stojących obok siebie w odległości kilku metrów kasach 🙂

Rezerwat Jajłata

Pod koniec naszego urlopu pogoda się nieco zbiesiła i zrobiło się wietrznie. Wykorzystaliśmy to, by pozwiedzać klify. Zachwycił nas zwłaszcza dość dziki Rezerwat Jajłata, czyli płaski, przestronny teren niedaleko wioski Kamienny Brzeg. Opada on do morza stromym, pionowym (30 m), skalistym urwiskiem. Jest to wydłużone urwisko około kilometrowej długości, a ścianę klifu „dziurawi” ponad sto jaskiń, w których znaleziono ślady człowieka prehistorycznego. Spacerując po wąskich ścieżkach, można też powspinać się na pozostałości murów obronnych bizantyjskiej twierdzy z V-VI w. I choć wiało tam niesamowicie, to cisza była tam naprawdę dojmująca.

Półwysep Kaliakra

W ostatni dzień naszego urlopu udało nam się dotrzeć na najdalej wysunięty punkt w tym regionie. Wiążą się z nim dwie legendy. Jedna mówi o tym, że czerwony kolor skał na półwyspie, to pozostałość po krwi stu dziewic, które chcąc uniknąć hańby, splątały włosy i skoczyły w morze.

Druga wyjaśnia, skąd się wziął półwysep. Otóż, kiedy św. Mikołaj uciekał przed chcącymi go zamordować poganami, Pan Bóg rzucał mu skały pod nogi. Niestety barbarzyńcy w końcu Mikołaja dopadli, czego pamiątką jest przeurocza kaplica z symbolicznym grobem świętego na samiuteńkim końcu półwyspu.

Na Półwyspie Kaliakra znajdują się ponadto ruiny zamku trackiego, baaardzo strome klify (i mizerne barierki), kilka pomników bohaterów narodowych (specyficznie wyeksponowanych) i … baza Marynarki Morskiej. Gorąco polecamy odwiedziny w tamtejszym Muzeum. Wstęp darmowy, eksponatów mało, ale klimat jaskini jest fenomenalny.

Podróżując po „złotym” skrawku Bułgarii

To, co nas uderzyło, to wielka bieda i zaniedbania. Oczywiście, to, co widzimy w folderach – szyk, porządek, coca-cola  😉 – tam TEŻ jest, ale wystarczy tylko wyściubić nos z hotelu, by przekonać się, że dany kraj może być nieokrzesany i daleki od europejskich standardów. W mniejszych miejscowościach i wioskach wciąż straszą relikty jedynie słusznej minionej przeszłości.

Sowiecka mentalność, toporność czai się tam za każdym zakrętem. Tak jakby Bułgarzy po odzyskaniu niepodległości nadal nie wiedzieli, jak wykorzystać potencjał drzemiący w ich kraju i narodzie. Osobiście jeszcze mocniej doceniłam to, jak wiele udało się po 89 roku osiągnąć w naszym kraju.

Swojskie klimaty – do przemyślenia
Są rzeczy, które wyjątkowo mnie drażnią w naszej nacji. Jedną z nich jest skłonność do krytykowania. Było kilka takich par w naszym turnusie, którym, myślę, że sam Hilton by nie dogodził. Zachowywali się, jakby nie przeczytali oferty, bo naprawdę dniami i nocami (serio!) narzekali na to, że hotel jest położony na odludziu. Bidulki czuli się w nim „jak na Alkatraz”. A wystarczyło sobie uważnie ofertę przeczytać, wyguglać mapy i spojrzeć, że określenie „do najbliższego miasta 16 km” – to nie żart.
Płomienne lamenty musiała te wysłuchiwać rezydentka, gdy przyszło do omawiania niedostatków jedzenia. Bo wyobraźcie sobie, że Bułgarzy „karmili nas jak prosięta – kasza, której nie zjedliśmy wieczorem na kolację, następnego dnia była podawana … jako farsz do klopsików!!!”. Skandal, nie? Lepiej przecież wyrzucać jedzenie niż dbać, by się nie marnowało… My osobiście kuchnią bułgarską byliśmy zachwyceni, ale jeśli ktoś uważa, że obiad bez schabowego i klusek, to nie obiad, to rzeczywiście mógł się poczuć głodny. Mnóstwo warzyw i kasz to raczej raj dla wegetarian niż dla miłośników mięsa:)

Jakbym już miała na coś narzekać, to bym wskazała, że nieco kłopotliwy był brak małych łyżeczek, ale mieszanie kawy widelcem też ma swoje uroki:)

Drażniły mnie też – ale to już nie tylko w rodakach – elementarne braki kultury. O alkoholu, nie wspominam, bo Jegomoście którzy chcą wydać 3000 zł, żeby od rana do wieczora chodzić nawaleni, zawsze się znajda. Trzeźwy pijanego może ignorować, co najwyżej trzeba współczuć obsłudze baru, która tego samego zrobić nie może. Ale ryczącego na cały regulator Akcentu/Korna/Liroya czy innego metalu ignorować się już nie da. Tym bardziej na trzeźwo. W Topola Sky mają fantastyczny basen, który został tak zaprojektowany, że stwarza złudzenie połączenia z morzem.

Na ogół działało to na mnie niezwykle kojąco i miałam wielką frajdę, pluskając się w jego odmętach. Ale kilka razy zdarzyło się, że do akcji wkraczała mniej lub bardziej liczna grupa urlopowiczów, która uznawała, że cały świat słucha ich jedynej słusznej muzyki i ustawiali swoje charcząco-dudniące odtwarzacze tak, by ulubioną muzykę słyszeć nawet wtedy, gdy nurkowali pod wodą. Kocham muzykę, ale nie mam w sobie wewnętrznego przymusu, by cały świat wokół delektował się ostatnią płytą Johna Scofielda. Podobnie do szału doprowadzało mnie nagminne palenie papierosów, no bo skoro zakazu nie ma, to możemy truć nie tylko swoje własne dzieci, ale także innych, którzy w tym czasie ośmielili się zająć obok mnie leżak. Tak mnie rodzice wychowali i tak wychowujemy nasze dzieci, że szacunek do drugiego człowieka objawia się m.in. w tym, że przestrzegamy elementarnych zasad kultury. Dla mnie jest to jednoznaczne z tym, że mój sposób odpoczywania, nie może bezpośrednio kolidować, przeszkadzać w odpoczywaniu innym. Coraz częściej słyszę od znajomych, że jestem dinozaurem. Nawet, jeśli to prawda, to mam zamiar do ostatniej kropli uprzejmości walczyć o przetrwanie swojego gatunku.

 

Ach! A skoro jeszcze o basenie mowa, to muszę przyznać, że drażniły mnie też (nieco) poranne podchody na basenie: mimo, że co chwila można się było potknąć o tabliczkę z uprzejmym zakazem: prosimy nie zajmować leżaków, to o 9 nie dało się znaleźć nic wolnego, bez proszenia obsługi o pomoc. Przypominało nam to trochę odwieczny brak zrozumienia dla zasady suwaka przy korkach w mieście.

Od trzech lat wypoczywamy na tyle, na ile dzieci pozwolą. Taki czas, nie ma co narzekać. Ale można sobie w tym pomagać i wybierać takie miejsca, które pozwolą znaleźć jak najwięcej punktów stycznych na wakacyjnej liście marzeń. Bułgaria pogodziła niemal wszystkie pragnienia naszej rodzinki 🙂

Prudencja
W życiu i słowie ceni rozwagę, odpowiedzialność i konsekwencję. I poczucie humoru, choć talentu do opowiadania dowcipów Pan Bóg jej bardzo poskąpił. Gdyby tylko niemiecki nie ranił tak jej uszu, chętnie pomieszkiwałaby za zachodnią granicą. Ale tylko od czasu do czasu - bo z natury jest domatorką, która uwielbia polskie krajobrazy, historię i kulturę. Szczęśliwa żona, początkująca matka, spełniona kobieta (kolejność nieprzypadkowa).

Dodaj komentarz