Ciąg dalszy nastąpi

Zdarzają się świetne seriale, których każdy odcinek urwany jest w takim momencie, że masz ochotę odgryźć reżyserowi głowę i nie jesteś w stanie oprzeć się przyjemności obejrzenia jeszcze jednego (dla tych którzy obawiają się, że mogli popaść w serialoholizm, mam doskonałą receptę: dziecko;)). A czy książka może stać się serialem? – zastanawiam się na tym ostatnio, zwłaszcza wtedy, gdy podczas grzebania w księgarni wpadają mi w oczy reklamy kolejnej części trylogii „Millenium”. No bo, że seriale mogą mieć różnych reżyserów poszczególnych odcinków, potwierdza choćby fenomen „House of cards”. Ale czy z książkami jest tak samo?

Stieg Larsson znany jest tylko i aż z „Millennium”, choć napisał jeszcze kilka innych książek.  Dla mnie ta trylogia jest jedną z bardziej wciągających powieści sensacyjnych. Jego pomysł, styl i sposób kreowania intrygi i postaci wydają mi się niepowtarzalne. I szczerze mówiąc, burzy się we mnie serce, gdy pomyślę, że dalsze losy Mikaela Blomkivista i Lisbeth Salander kontynuuje ktoś inny. I wcale mnie jakoś nie przekonuje argument, że autor zaplanował „Millenium” na 10 książek, a czwartą część nawet zaczął pisać (i podobno 200 stron tego maszynopisu ma partnerka Larssona, Eva Gabrielsson, która zdecydowała się nie dzielić tym zalążkiem ze światem – i osobiście ją rozumiem). Zaplanował, ale śmierć te plany przerwała. Czy nie lepiej pozwolić, by fenomen pozostał fenomenem niż ryzykować, że kolejne części będą ten dobry fundament rozmywać?

Choć trzeba przyznać, że David Lagercrantz, który przez spadkobierców Larssona (tzn. ojca i brata) został wybrany na autora „kontynuacji”, wszędzie podkreśla, że jego książka nie opiera się na pozostawionych materiałach, lecz jest samodzielnym, autorskim pomysłem. Czy jednak da się kontynuować język powieści, sposób tworzenia postaci i budowania poszczególnych wątków przez innego pisarza w takim stylu, by w czytelnikach utrzymać fascynację historią i losami bohaterów? Eh, nic nie poradzę na to, że cała ta sytuacja jakoś mi się kojarzy z książkową profanacją;) Co nie zmienia faktu, że pewnie 27 sierpnia,  gdy „Co nas nie zabije” ukaże się w Polsce – ustawię się w kolejce, by osobiście przekonać się, jak autor biografii poradził sobie z wyzwaniem pisania dalszego ciągu historii sensacyjnej.

Prudencja
W życiu i słowie ceni rozwagę, odpowiedzialność i konsekwencję. I poczucie humoru, choć talentu do opowiadania dowcipów Pan Bóg jej bardzo poskąpił. Gdyby tylko niemiecki nie ranił tak jej uszu, chętnie pomieszkiwałaby za zachodnią granicą. Ale tylko od czasu do czasu - bo z natury jest domatorką, która uwielbia polskie krajobrazy, historię i kulturę. Szczęśliwa żona, początkująca matka, spełniona kobieta (kolejność nieprzypadkowa).

4 Replies to “Ciąg dalszy nastąpi”

  1. Naprawdę kupisz i przeczytasz???!!!
    Wow, jestem w szoku. Ja co prawda tomiszcza Millenium łyknęłam kiedyś, dawno temu, w kilka dni. Ale po paru miesiącach byłam w stanie wymienić przede wszystkim wady tych książek. A teraz to nawet miałabym problem z odtworzeniem akcji :/
    Faktem jest, że Millenium rozsupłało dla mnie worek SENSACJA i KRYMINAŁ, które wcześniej rzadko gościły przed mymi oczyma 🙂 Ale po Larssonie poznałam Lackberg, Nesbo, Mankella… i tylko nie po drodze mi do Miłoszewskiego, choć ponoć warto. Jak widać – wolę sąsiadów z północy.
    Jak przeczytasz doróbkę, to daj znać 🙂

    A mi się przypomniało, przy okazji tego wpisu, zamieszanie z Wołaniem kukułki, którego pies z kulawą nogą nie tknął (a w Polsce by nie wydał), gdyby nie „przypadkiem rozpuszczona plotka”, że Robertem Galbraithem jest nie kto inny jak J.K. Rowling. Tu jest podobnie – choć autor wiadomo, że inny, to ciągnie znany wątek (udanie czy nie, okaże się dopiero niebawem – w każdym razie marketing ruszył).

    1. Prudencja Z. Niemiec says: Odpowiedz

      No więc przeczytałam doróbkę. Wreszcie. Wnioski:
      1. Nie jest to Larsson, ale też rzeczywiście Lagercrantz nie próbuje ostentacyjnie Stieg’a naśladować. Po przeczytaniu mam dokładnie takie odczucie, jakbym zobaczyła adaptację ulubionej książki u dwóch różnych reżyserów.
      2. Gdybym miała w jednym słowie ująć, jaka jest kontynuacja „Millenium”, to powiedziałabym: „amerykańska”. Czytając ją, miałam nieodparte wrażenie, że bohaterowie zostali wymuskani, podrasowani i napełnieni super-mocami. Białe jest białe, a czarne jest czarne. Akcja też była przewidywalna.
      3. Najbardziej raziło mnie niedopracowanie końcówki. Tak jakby autor natrudził się, żeby naszkicować w miarę wiarygodne tło matematyczno-informatyczne, ale zabrakło mu już pary i pomysłów, by zapętlone wątki zakończyć efektowną pętelką. I zęby zgrzytały mi przy niektórych fragmentach – np. gdy czytałam, że jakaś „oszałamiająco piękna” kobieta weszła gdzieś. „Oszałamiająco piękna?” – to dobre do jakiegoś romansidła, ale do powieści sensacyjnej?

      W każdym razie w przeciwieństwie do pierwszych trzech tomów „Millenium” nie miałam żadnych problemów, żeby się od „Co nas nie zabije” oderwać. Ale też nie męczyłam się czytaniem i spędziłam nad nią przyjemne dwa wieczory.

  2. „Wołania kukułki” nie przeczytałam (jeszcze?), ale „Jedwabnika” tego samego autora (autorki;)) owszem, nawet mam w domu. 474 strony – co to jest! – przyjemnej lektury, jak człowiek chce się dać mózgowi chwilę na relaks. Bez dzikich zachwytów nad „kultowym” głównym bohaterem, ale też bez rzucania mięsem i książką, że to takie beznadziejne. Ale umówmy się: kolejne części „HP” też się czytało siłą bezwładu 😉 Zwłaszcza te wielkie tomy, w których było dużo słów, a mało akcji.

    1. Po „Trafnym wyborze” wiedziałam, że autorka HP ma nam jeszcze wiele do zaoferowania.
      I eksperyment pt. Robert Galbraith, który wymyśliła (?) Rowling rozumiem doskonale – trochę smutne z niego niestety nasuwają się wnioski 🙁 Masz znane nazwisko = czytają Cię i piszą o Tobie. Nie masz znanego nazwiska = musisz mieć super dużo szczęścia, a w Twojej książce ktoś musi zobaczyć nie tyle arcydzieło, co kupę szmalu 🙂

Dodaj komentarz