Czas rozpocząć szkołę … przetrwania

Wraz z 1 września i w naszym domku rozpoczęła się szkoła. Prawdziwa szkoła życia. Krótko mówiąc, tego dnia po raz pierwszy zostałam z dwójką dzieci sam na sam (przez miesiąc wspierały nas na zmianę nasze nieocenione Mamy, o czym jeszcze będzie na koniec). Najlepszy z Mężów wyszedł do pracy o 7.00. W drzwiach stanął i spojrzał mi w oczy, a jego wzrok mówił: „Maleńka, cokolwiek nie zrobisz, będę Cię kochał. I odwiedzał w więzieniu, jakby co”. Ja stałam z Nadią przyssaną do cyca, nogą przytrzymując piżamkę Borysa, który właśnie próbował zweryfikować organoleptycznie, czy ogon Bonifacego jest smaczny. Przyznaję, modliłam się wtedy, by mojego ukochanego dopadła grypa jelitowa lub nagły atak zapalenia stawów – cokolwiek, bylebym tylko nie została sama w domu. Na nogach byliśmy już bowiem od wczesnego świtu (w każdym razie żaden rozsądny kogut ni inne ptaszysko dnia się jeszcze nie ośmieliło oznajmić), to znaczy od momentu, gdy zostaliśmy zawezwani do Borysa domagającego się „WOOOOO…” (czyt. wody) i Nadii rozpaczającej  z powodu odłączenia od mlekopoju (matka karmiąca ośmieliła się odwrócić na drugi bok). Dzień zapowiadał się, yyy, jakby to ująć – ciekawie, tzn. Pierworodny wstał w nienajlepszym humorze (co objawiło się m.in. dramatycznym atakiem histerii w reakcji na wyjęcie z łóżeczka i wyrażenie rodzicielskiej niezgody na walenie bidonem w lustro), a Drugorodna przez noc nie zmieniła przyzwyczajeń i zamierzała spędzić dzień w stałym podłączeniu do cyca. Czułam na ramieniu szpony kosmatej paniki, jakby to Cejrowski napisał. No cóż. Ale sami żeśmy tego chcieli, przypadku żadnego w kwestii dzieci nie było. Trzeba też było podjąć rozsądną decyzję w kwestii podziału domowych obowiązków. Zostanie z szarańczą wylosowałam ja. Najlepszy z Mężów wyszedł więc pospiesznie wypruwać sobie żyły, by na nasze utrzymanie zarobić.

Po jego wyjściu nastało ranne pandemonium, czyli:

– dyskutowanie z Borysem na temat wyższości nocnika nad pieluchą,

– śniadanie, co należy rozumieć jako próbę ochronienia możliwie największych obszarów kuchni od fragmentów kaszki, mleka, kanapek czy innych jajeczniczek (bo, że piżamy nie ma co chronić, to się rozumie samo przez się);

– ekwilibrystyka łazienkowa, przy czym, jak na prawie dwulatka przystało, Borys ma własne wizje tempa mycia i tego, co czynnościom ablucyjnym ma zostać poddane;),

– ubieranie się – tutaj dochodzą scysje o to, jaką (i czy w ogóle) nasz Pierworodny ma ubrać odzież; przy okazji, zwłaszcza jeżeli uda mu się umknąć z przewijaka z gołym tyłkiem, zażywamy też porannego joggingu, ganiając za delikwentem po mieszkaniu i próbując uchronić od brudnego tyłka fotele – tak, tak, odwiedzając Prudencję, lepiej siadać na kanapie.

Niby nic wielkiego. Pewnie, pewnie… Tyle, że do tego trzeba było dodać Nadię. A tę też trzeba było nakarmić, przebrać (trzykrotnie w ciągu półtorej godziny – taaaak, błogosławieństwo jadków ma swoje odbicie w urodzaju pieluszek do przerobienia), umyć, zaaplikować witaminki i co chwila nosić, bo Drugorodna, jak na kobietę przystało, jest niezwykle  ciekawą życia i spragnioną czułości istotą (czyt. śpi niewiele i bez przytulasków, kołysanek, niuchów w główkę nie wytrzyma dłużej niż 20 minut).  W każdym razie nasze poranne zabiegi trwały do 10.00, a potem weszliśmy w fazę wyjścia na spacer. Na moje szczęście pogoda była dobra, więc odpadło mi odziewanie dzieci w kurteczki, szaliczki i inne pelerynki (matusiu, jak ja przeżyję zimę???). Niemniej i tak nocnikowanie, ubieranie ciuchów do piaskownicy, przygotowywanie drugiego śniadania do skonsumowania na świeżym powietrzu i dyskutowanie z synem o tym, dlaczego nie będziemy brać do wózka jego ciężarówki, 6 misiów, piłki i garnka zabrało mi z dobre 40 minut. Jak już go wpakowałam do wózka (dzięki Ci, Boże, za pasy bezpieczeństwa), Nadia załkała rzewnie (kupa), a potem rozdzierająco (cyc). Więc już po godzinie wyszliśmy. Humor poprawił mi mały sukces w postaci udanego maratonu przez sklep spożywczy, co zapewniło nam produkty na obiad. Potem była siłownia – czyli pilates (łapanie Pierworodnego, który chciał koniecznie sprawdzić, co jest na środku jezdni i jednoczesne trzymanie wózka w drugiej ręce), trening ABT (jak  się Drugorodna obudziła, najadła i została wpakowana w chustę) i zumba (czyli bieganie za Borysem i z Nadią przy piersi po placu zabaw i okolicy). Do mieszkania dotarłam, starając się poprawić sobie humor, że jak tak dalej pójdzie, to już wkrótce będę ważyć tyle, co przed porodem juniora. Potem mina mi zrzędła, bo zerkając na zegar, zorientowałam się, że do powrotu z pracy Najlepszego z Mężów zostały jeszcze 3 godziny. AŻ TRZY GODZINY. Na moje szczęście udało mi się Borysa ociupeńkę zmęczyć i całkiem grzecznie poszedł się zdrzemnąć. Tyle, że Nadia nie zamierzała. Obiad gotowałam więc 2 godziny zamiast 30 minut. W międzyczasie pocieszałam się myślą, że względnie spokojny czas, gdy Borys śpi, mogę przeznaczyć na realizację wszelkich postulatów, jakie wobec rodziców noworodków kierują Autorzy Bardzo Mądrych Książek heh, tfu –„Parentingowych”. A zatem karmiąc piersią, mogłam się „spokojnie i z miłością wpatrywać w oczy” córki, cichutko szeptać jej kojące słowa, 20 minut czytać wierszyki, kolejne 20 pokazywać obrazki pobudzające percepcję wzrokową, masować brzuszek, ćwiczyć jej mięśnie szyi i podnoszenie główki, a w międzyczasie gotować sobie pożywną zupę z ekologicznych warzyw wypielęgnowanych na działce pod lasem (bo przecież nie w mieście). Od razu poczułam się uspokojona, że nie zaniedbuję jej rozwoju.

W każdym razie, kiedy Najlepszy z Mężów dotarł do domu, mogłam mu z dumą zaprezentować siebie i dzieci przy życiu oraz obiad na piecu. Pranie, odkurzanie i prasowanie czekało aż przejmie szarańczę na siebie. Tak. To się nazywa urlop. Urlop macierzyński:)

Tu powinnam skończyć, ale miało być jeszcze o nieocenionej pomocy. Wiem, że nie każde małżeństwo ma tak, że jest w stanie ze swoimi rodzicielkami pod jednym dachem mieszkać. My akurat z Mamami naszymi kontakt mamy świetny i relacje bardzo zdrowe. Nie mieliśmy więc wielkich oporów, by poprosić je o pomoc po narodzinach Nadii. Najlepszy z Mężów po tygodniu wrócił do pracy, a przez kolejne trzy któraś z Mam mieszkała z nami, zajmowała się Borysem, gotowała obiadki i pilnowała, by Prudencja jak najczęściej polegiwała w łóżku i odpoczywała. Dzięki temu Pru ominął baby blues (co przy Borysie wyciągnęło z niej trochę łez i chęci do życia) i ma teraz siły, by ogarniać niemowlę i energicznego prawie-dwulatka. Każda dziewczyna, która rodzi dziecko, powinna móc liczyć na wsparcie. Niestety mam wrażenie, że wciąż w naszej kulturze dobrze się ma taka wizja matki-polki, która ledwo co urodzi dziecko i już idzie w pole na wykopki. Mnie początkowo też było nieswojo z wizją, by korzystać z czyjejkolwiek pomocy przez miesiąc. Ale rzeczywistość szybko przywróciła mi rozsądek. Jeżeli tylko są wokół nas ludzie, którzy nas kochają, chcą pomóc i na dodatek zgadzają się, by wspierać nas na naszych warunkach, to odrzucenie ich oferty byłoby nie tylko głupie, lecz także egoistyczne. Nie żyjemy sami. Nie jesteśmy samowystarczalni. Nie musimy udawać kogoś, kim nie jesteśmy. Pokazując słabość, uczymy się czegoś pięknego o sobie i ludziach. I o miłości. A to jest najważniejsza lekcja, jaką powinniśmy w życiu przerobić.

Prudencja
W życiu i słowie ceni rozwagę, odpowiedzialność i konsekwencję. I poczucie humoru, choć talentu do opowiadania dowcipów Pan Bóg jej bardzo poskąpił. Gdyby tylko niemiecki nie ranił tak jej uszu, chętnie pomieszkiwałaby za zachodnią granicą. Ale tylko od czasu do czasu - bo z natury jest domatorką, która uwielbia polskie krajobrazy, historię i kulturę. Szczęśliwa żona, początkująca matka, spełniona kobieta (kolejność nieprzypadkowa).

2 Replies to “Czas rozpocząć szkołę … przetrwania”

  1. Jak Ty potrafisz takie elaboraty przy Skarbach pisać, to znaczy, że ŚWIĘTE DZIECI masz i koniecznie trzeba pomyśleć o kolejnym. Czy dwa, czy trzy… to już nie robi różnicy na tym etapie.

  2. Dawaj znać, jak tam postępy na placu boju. I pamiętaj: pójdą do wojska, to im przejdzie – jak mawiał mój kochany ojciec 😉

Dodaj komentarz