DO BIEGU, GOTOWI, START

Jestem absolutnym zerem sportowym. Sporty drużynowe, indywidualne, grupowe i każde inne są mi obce, co widać. Z dyscyplin sportowych mogłabym całymi dniami (i nocami) tańczyć, chodzić po górach, ewentualnie chodzić po innym terenie oraz brać udział w maratonie… jedzenia słodyczy. Poza tym na nic mnie nie namówicie. Więc pewnie dlatego nie rozumiem zachwytu joggingiem. Ale nie pomyślcie, że przeszkadzają mi ludzie uprawiający biegi, drepczący, kolorowo ubrani, z jakimiś magicznymi gadżetami na ramionach i słuchawkami w uszach  – absolutnie nie, gdyż jestem wielkoduszna, liberalna i nowoczesna (hehe), więc uważam, że każdy ma sobie układać swoje życie, jak mu w duszy gra.

Tak naprawdę przeszkadza mi jedno. Dziki nachalny marketing*: te buty dla biegaczy do kupienia w każdym przydrożnym sklepie, te aerodynamiczne ciuchy tnące powietrze, te niezbędne przedmioty, bez których nie możesz zrobić kroku na bieżni, te suplementy o cudownych właściwościach, które poprawiają wydolność, regenerują i właściwie zastępują konieczność uprawiania sportu. To wszystko ma nas przekonać, że bieganie (i każda inna aktywność fizyczna) niewiele się różni od leżenia na kanapie – nie jesteśmy mokrzy, zziajani, czerwoni na twarzach i nie strzyknęło nam w stopie, bo – cholera! – kupiliśmy jednak złe buty.

I jeszcze taki obrazek. Piątkowy wieczór, skrzyżowanie w mieście W tuż przy starym mieście, tradycyjne korki, tramwaje, autobusy, światła, smród spalin, spieszący się ludzie, kostka brukowa, beton i asfalt – i w tym wszystkim dziewczę ubrane na czarno, z obowiązkowymi słuchawkami, żeby się odciąć od rzeczywistości, które wyszło pobiegać po chodnikach wokół rynku. WTF? – chciałoby się zapytać, gdyby było się przedstawicielem młodszego pokolenia.

Komponuje mi się to z historią, którą kiedyś słyszałam, o tym, że ludzie – zwłaszcza jesienią – idą pobiegać po wybetonowanym parkingu koło aquaparku zamiast po pobliskim parku, bo w parku jest ciemno i nierówno, a na parkingu nie i jeszcze jest szansa natknąć się na jakiegoś ochroniarza.

Więc wy miejcie swoje endorfiny oraz smukłe sylwetki, a ja zostaję przy swoich wałkach i czekoladkach.

 

 

* O tym, dlaczego jest tak, że marketing jest niezbędny, a jednocześnie nikt go nie lubi, należałoby napisać pracę doktorską, nie?

 

Foto: rene j / Foter / CC BY-NC-SA

fro
hasło przewodnie: rudy to nie kolor, rudy to charakter;
uwielbia: czytać, pisać, śpiewać, tańczyć i łazić po górach - jak to nastolatka ;)
chciałaby: umieć rysować i grać na gitarze;
ludzie: są dla niej niewyczerpanym źródłem inspiracji

2 Replies to “DO BIEGU, GOTOWI, START”

  1. Prudencja Z. Niemiec says: Odpowiedz

    Hehe… 🙂 Miałam epizod biegowy w tzw. międzyciążowym czasie. Słuchawek w uszach i telefonu na ramieniu nie nosiłam, bo godzinkę tego ruchu wykorzystywałam na pogaduchy z przyjaciółką. I to właśnie ona mi się przypomniała, gdy przeczytałam Twój wpis. Gdy zaczęłyśmy biegać, żadna z nas nie miała „fachowego osprzętowania”. W tak zwanym międzyczasie ja skusiłam się na buty do biegania (które niestety nie chcą za mnie ruszać nogami:/), ale Złośliwiec nadal biega w tenisówkach, co to pamiętają jej podstawówkę (i czasy komuny). Gdy wybrałyśmy się w nasz pierwszy trucht, to najwięcej kalorii spaliłyśmy chichrając się jak głupie, gdy mijali nas i kolejno mierzyli krytycznym okiem Profesjonalnie Wyglądający Biegacze. Zwłaszcza to najmłodsze pokolenie miało ciekawy błysk w oku na nasz widok. Ni to rozbawienia, ni to pobłażania… bardziej zaintrygowania. Coś w stylu „Hmmm, czyżby to nowy trend? Nie kojarzę tego typu obuwia… Może adidas coś nowego wypuścił na rynek”;))) Zaczęłyśmy nawet rozważać, czy nie dałoby się na tym jakiegoś biznesu zrobić. Bo przecież wszystko jest kwestią reklamy, czyż nie?;)

  2. Ja biegałam swego czasu często i też w buty do biegania nie zainwestowałam. Aczkolwiek pokusa była 🙂
    Natomiast myślę, że to jest jak z większością sportów – najpierw kupujesz używane narty i jak najtańsze buty, z czasem dostrzegasz wadę czegoś, co nie jest skrojone pod Ciebie i powoli (lub szybko, zależy od posiadanych zasobów środków płatniczych) wymieniasz na takie, które Ci będzie odpowiadać. Albo zaspokoi fanaberie (np. różowy wężyk do automatu oddechowego dla płetwonurka, powtarzam ró-żo-wy).
    Można chodzić po górach w kangurce i flanelowej koszuli, ale o ile przyjemniej jest włożyć coś „tex-owego” i polartecowego 😉

    Ale wracając do biegania – też mam wrażenie, że najpierw biegacze kupują to, co mogą na siebie włożyć, a potem biegają 😀 a ja mam zgryza czy powinnam wyjść w dresach na przebieżkę. I nie wychodzę. Pepsi popijam i dobrze mi z tym 😀

Dodaj komentarz