Drezno na jeden dzień

Stolicę Dolnego Śląska i stolicę Saksonii dzieli niespełna 270 km. Czy warto tam pojechać tylko na jeden dzień? Warto! A potem najlepiej wrócić na dni więcej niż trzy 🙂

Nawet w lutym (szczególnie niezbyt mroźnej zimy) wyprawa do Drezna to fajny sposób na zagospodarowanie któregoś z weekendowych dni. Można wybrać się tam samochodem, ale ja tym razem polecam pociąg. Szczególnie jeśli jedziemy na jeden dzień w gronie czterech osób (czyli w sumie 5 pasażerów) warto skorzystać z Promocji Drezdeńskiej Kolei Dolnośląskich. Za bilet zapłacimy wówczas 299 zł, czyli 60 zł/os. – i jest to podróż tam i z powrotem. Odpada nam szukanie miejsc parkingowych (z tym w weekend nie ma problemu raczej) i takie planowanie wycieczki, by wyjść i wrócić do auta. Wybierając pociąg jesteśmy w Dreźnie 8 godz. – na poniższe atrakcje to wystarczająca ilość czasu.

Co zrobić w ten jeden dzień w Dreźnie

  • zwiedzić Zwinger – czyli piękny barokowy gmach, w którym mieszczą się znane muzea: porcelany, gabinet matematyczno-astronomiczny i galeria starych mistrzów. Zwinger jest tak rozległy, a jego zbiory tak ciekawe, że 8 godz. minie jak z bicza strzelił,
  • pozwiedzać miasto „z zewnątrz”, poznać jego topografię i przekonać się, że warto do niego jeszcze wrócić.

My wybraliśmy opcję drugą i mimo mżawki, która towarzyszyła nam ponad pół dnia, uważam, że był to dobry wybór (szczególnie, że galeria starych mistrzów była zamknięta). Zwiedzając Drezno warto wiedzieć przynajmniej jedną rzecz (no dobra, dwie). Pierwsza: miasto jest perłą europejskiego baroku i w tym stylu zbudowane są najważniejsze budowle miasta. Druga: wszystkie te perły to odbudowa, bowiem w 1945 r. alianckie siły powietrzne zrównały miasto z ziemią (dosłownie) niszcząc zabytki i unicestwiając ok. 25 tys. ludzi.

Altstadt – barokowe Drezno

Zaczęliśmy od zwiedzania Starego Miasta. Udało nam się wejść do wnętrza kościoła-symbolu Drezna, czyli do Frauenkirche. Zbombardowany (wraz z całym miastem) w 1945 r. w nalotach dywanowych, odbudowany został dopiero po 60 latach (!), przez ten czas ruina w środku miasta miała być znakiem okropieństw wojny. Obecnie odbudowany kościół stanowi świadectwo pojednania. Z zewnątrz kościół ma bardzo charakterystyczny wygląd – tak jakby czegoś mu brakowało, jest kopuła i od niej schodzą do ziemi ściany, żadnych naw, przedłużeń. Świątynia jest nietypowa i piękna. A wnętrze po prostu zapiera dech, choć zdjęcia tego nie oddają.

Warto zejść do podziemi, by przekonać się m.in. jak inwentaryzowano gruzy, co znajdowano wśród ruin, ile oryginalnych fundamentów ocalało. Niestety większa część ekspozycji opisana jest tylko po niemiecku, szkoda. I niestety nie wolno tam robić zdjęć.

Tuż nieopodal Frauenkirche – kolejny drezdeński zabytek, ale tym razem to nie budynek, lecz… mozaika. Stworzony z miśnieńskich płytek „Orszak królów”, czyli zapoznanie z władcami Saksonii. Ciężko ją do czegokolwiek porównać, to nie dzieło typu Cosmatich, które można podziwiać we włoskich kościołach, ale przyciąga uwagę. Mozaika przetrwała naloty, choć po wojnie trzeba ją było układać na nowo. Najsmutniejsze jest to, że ukończono ją w 1935 r., zatem tylko 10 lat trwała niezmieniona na miejscu, które jej przeznaczono.

Nowa Synagoga – dowód na to, jak prosta forma może być (i jest) piękna. Oraz na to, że trudności są po to, by je przezwyciężać, także w architekturze. Nie mogła być zorientowana na osi wschód-zachód (?) jak nakazuje Tora, więc z każdym dokładanym w górę kamieniem została „skręcona” do właściwej pozycji. Majstersztyk, który ciężko pokazać pomocą zdjęć.

Szliśmy nad Łabą, bo tu skupiają się najważniejsze zabytki Drezna. Zanim się na dobre rozpadało zdążyliśmy szybko zwiedzić Hofkirche, czyli potężną barokową katolicką świątynię. Z zewnątrz świetnie pasuje do innych leżących nieopodal barokowych budynków (zamku, opery, Zwingera), lecz w środku przypomina raczej protestanckie świątynie. Mało tam ozdób, na piętrze po bokach głównej nawy rozmieszczone są balkony, tak charakterystyczne dla zborów. Ciekawostką jest dwupiętrowe obejście ołtarza. W protestanckiej Saksonii katolicy nie mieli przywileju procesji zewnętrznych, aby więc wydłużyć trasę, postanowiono zbudować to dwupiętrowe obejście.

Po wyjściu z kościoła rozpadało się na dobre, czym prędzej pobiegliśmy w stronę zamku. Tu mieliśmy chwilę zawahania, czy jednak nie porzucić wycieczki plenerowej na rzecz zadaszonej. Cudowny oszklony dziedziniec, odgłosami padającego deszczu, zachęcał do pozostania. Gdy jednak odgłosy ucichły postanowiliśmy ruszyć dalej. Cena wizyty też nie zachęcała – 15 euro za wstęp to jednak sporo, choć i wystaw w tym miejscu jest dużo. Na parterze można zobaczyć na kilku zdjęciach, jak wyglądał zamek w czasach świetności, w jaką ruinę przeobraziło go bombardowanie miasta, jak długo dźwigał się z gruzów. Wszystko na przykładzie jednej klatki schodowej. Ale daje pojęcie, jak wyglądała reszta. Zresztą – tam ciągle trwają prace.

Z zamku przeszliśmy do (a raczej pod) nieodległą Operę Sempera. Kolejny gotycki barokowy (of course!) gmach wzniesiony z niezłym rozmachem. Do środka nie wchodziliśmy. Poszliśmy za to przejść się po dachu Zwingera. Tak, tak – polecamy wspiąć się tam czy to przy plenerowym zwiedzaniu, czy po odwiedzinach w muzealnych salach, albo jako przerwę pomiędzy poszczególnymi „gabinetami”, czyli de facto muzeami. Najpierw jednych poniosło, żeby tam na górze nastawiać pełno „pierdół”, a potem kolejni uznali, że to odbudują, odrzeźbią, sprawią, żeby było, jak dawniej. No i stawiają. Jedyny minus tej wycieczki był taki, że trochę nas przewiało na tym dachu. A gdy chcieliśmy się ogrzać w holu głównym prowadzącym do galerii starych mistrzów, okazało się, że jest w remoncie.

Neustadt – alternatywne Drezno

Kolejny przystanek to już Neustadt – warto nadłożyć nieco drogi i zobaczyć Yenidze, dawną… fabrykę tytoniu, która wygląda jak turecki meczet, a obecnie w środku znajdują się biura i restauracje. Bliżej nie podchodziliśmy, bo już mieliśmy trochę kilometrów w nogach, a sporo było jeszcze przed nami. Z mostu nieopodal Yenidze świetna panorama Starego Miasta nad Łabą.

Miejscem absolutnie koniecznym do zobaczenia jest Kunsthof-Passage. Żeby się nie rozpisywać za bardzo, wspomnę o czym absolutnie należy pamiętać. Jest to pasaż, miejsce położone między dwiema ulicami: Gorlitzerstr. i Alaunstr. – trzeba wejść przez bramę do środka, żeby zobaczyć te cuda. Aha, żeby usłyszeć grający dom, lepiej przyjechać w lecie lub gdy bardziej pada. Staliśmy ze 30 min. czekając aż zacznie płynąć woda (jest sztucznie puszczana) aż w końcu wykoncypowaliśmy, że chodzi o sezon turystyczny, którym luty raczej nie jest.

A w ogóle to cały Neustadt jest bardzo ciekawym miejscem, czymś takim (zapewne) chce być wrocławskie Nadodrze. Pełno tu artystów, murali, grafitti, parę squatów, trochę osobliwości, ale także dobrych i tanich knajpek. Dlatego warto tu dotrzeć pod koniec zwiedzania, by nie wydając fortuny dobrze i dużo zjeść. Do wyboru są knajpki włoskie, tajskie, indyjskie, tureckie…

PS

Rafaelowską Madonnę Sykstyńską podziwiać można tymczasem w internecie tutaj

PS 2

Odtworzona z pamięci nasza trasa po Dreźnie

Babiszon
Czyta i pisze przez cały rok. Najczęściej dla własnej przyjemności. Choć z pisaniem różnie bywa, "czasami człowiek musi".
W zimie jeździ na nartach, w lecie nurkuje i zdobywa szczyty (bynajmniej nie lenistwa, choć też się zdarza), ostatnio zagląda górom "pod spódnice", bo została taternikiem jaskiniowym.
Czasem coś zorganizuje, a potem się zachowuje, jak dyktator, żeby plan wypalił. Innych dyktatorów nie lubi. Cóż.
Słomiany zapał do wszystkiego od zawsze.

5 Replies to “Drezno na jeden dzień”

  1. Strasznie żałuję, że nie pojechałam 🙁 Ale to znaczy, że już wiem, dokąd zrobić wycieczkę, jak tylko warunki pogodowe będą nieco lepsze. A co do Neustadt – bardzo bym chciała, żeby Nadodrze chociaż zmierzało w tym kierunku, ale to by wymagało dania ludziom pewnej swobody oraz pewnie umiejętnego wsparcia, wiec może za 20-30 lat…

    1. Polecam! A jak wiosną to w komplecie z Miśnią.
      Na zdjęciach wszystko wygląda spoko… Ale Neustadt to także obrzydliwe squaty, budynki pełne wlepek i już nie tak ładnych grafitti, to transparenty Pegidy. Za pierwszym razem, gdy byliśmy w Dreźnie, ta część miasta nam się w ogóle nie podobała. Dopiero pasaż to zmienił 😉

  2. Świetny i przydatny post 🙂
    mam pytanie czy parkingi w Dreźnie w weekendy są płatne :)?

    1. Dzięki 🙂
      Wydaje mi się, że tak, ale szczerze mówiąc nie pamiętam, bo samochodem w Dreźnie byłam ze 2 lata temu. Da się znaleźć darmowe miejsca np. na osiedlach, ale nie jest to ścisłe centrum.

  3. Na cały dzień w centrum ok. 6 ojro. Byłem wczoraj i na Canaletto (festyn miejski) mogłem autem podjechać niemal pod Altenstadt. Płatne są wszędzie i lepiej płacić, bo widziałem kilka razy jak odholowywali.

Dodaj komentarz