ekscentryczna pani D.

Widuję ją niemal codziennie w spożywczaku, gdy z wyświechtaną torbą idzie po swoją bułkę albo kilka plasterków wędliny. Czasem jest w staromodnym płaszczu z beretem przekrzywionym „z paryska” albo w swetrze. Zawsze ma (nieco przesadzony) makijaż starych kobiet: mocno podkreślone oko i umalowane usta (jak wiadomo, uwielbiam przesadzone makijaże). Każdemu mówi na ty, jak to robią wiekowe panie przeświadczone (słusznie) o tym, że wszyscy są od nich młodsi, nawet 60-latkowie z brzuszkiem. Każdego zagaduje, ale nie jest to recytowanie tysiąca krzywd z ostatnich 24 godzin. Raczej próba nawiązania kontaktu. Głośna, dodajmy.

– Ten mały powiedział, że ona jest jego – tłumaczy ojcu małej dziewczynki, która biega po sklepie, pokazując na równie małego dżentelmena. – To piękne! Żeby ktoś o mnie tak mówił…

– Jak byłam w Bejrucie, wszystkie samochody miały taki niebieski kolor,  bardzo mi się podoba – informuje kobietę, która właśnie wysiadła ze swojego auta.

– Kiedyś też miałam i męża, i syna…  – wzdycha smętnie w kolejce do kasy, gdy któraś z kobiet wspomina o mężczyznach swojego życia.

Pewnego dnia stojąc po kiełbasę, powiedziała: – Mój kuzyn, hrabia D. (tu wymieniła dość znane nazwisko), zawsze mówił, że powinnam śpiewać. Pamiętacie?

I starczym, choć wciąż melodyjnym głosem zaśpiewała jakiś dawno zapomniany szlagier, a my uprzejmie pokiwaliśmy głowami, że oczywiście, kto by tego nie znał! Choć Bogiem a prawdą pieśń nie kojarzyła nam się z niczym. Tak śpiewała moja babcia – ni z tego, ni z owego zaczynała nucić melodię z czasów swojej młodości, niekiedy w językach. Może stąd mam sentyment do pani D.?

Bo mam niewątpliwie, a nic o niej nie wiem. Wyobrażam sobie, że mieszka w którejś z zapuszczonych, pięknych willi w okolicy, z ogrodem kiedyś wypielęgnowanym, a dziś zdziczałym do niemożliwości, w mieszkaniu przeładowanym przedmiotami, wśród których może być i porcelana, i zwykłe śmieci zbierane przez niektóre staruszki. Myślę, że po ogrodzie buszują bezpańskie koty, a ona zostawia im na miseczce tyrolską, żeby się wkupić w ich łaski. Myślę też, że jest samotna i dlatego codziennie kręci się wokół spożywczaka, bezpardonowo zaczepiając starych i najmłodszych. Jest bowiem duża szansa, że ci przynajmniej nie wyzwą jej od p…tych starych bab.

Oczywiście może być zupełnie inaczej. Może być upierdliwą babcią alkoholiczką, która stworzyła sobie w domu melinę, przehulała cały majątek, a charakter ma tak przykry, że wszyscy od niej uciekli. Może też być babcią fantastką, która wymyśliła wspólnego przodka z hrabią D. – nikt tego przecież nie sprawdzi.  Być może żyła ohydnie, popełniała błąd za błędem i zapracowała sobie na swoją obecną kondycję, kto wie?

Dla mnie jest jednak ulubioną lokalną ekscentryczną staruszką. Chętnie zobaczyłabym ją w ciężkim naturalnym futrze, z kolią pereł na szyi i fifką w pomarszczonej dłoni, jak wysiada z jakiegoś obrzydliwie kosztownego samochodu. Nie miałabym nic przeciwko temu, by w okolicy mieszkało więcej takich babć-dziwaczek, niegdysiejszych panienek z dobrych domów, późniejszych gwiazd socjety, rozpieszczonych przez bogactwo, trzech mężów,  pięciu kochanków i ogólne życiowe powodzenie, wciąż ze śladami dawnej świetności. Rozejrzyjcie się po swoich spożywczakach albo przychodniach – wiele ich tam jest?

A że jesień już blisko, życzę sobie zostać ekscentryczną starowinką.

 

Foto: Karsten Bitter / Foter / CC BY-SA

fro
hasło przewodnie: rudy to nie kolor, rudy to charakter;
uwielbia: czytać, pisać, śpiewać, tańczyć i łazić po górach - jak to nastolatka ;)
chciałaby: umieć rysować i grać na gitarze;
ludzie: są dla niej niewyczerpanym źródłem inspiracji

2 Replies to “ekscentryczna pani D.”

  1. Naturalne futra są bleeeee!
    Chyba że takie śmierdzące naftaliną, przeżarte przez 100 molowych pokoleń. Te trzeba donosić.

  2. Może ktoś kiedyś o mnie tak napisze 😉

Dodaj komentarz