Ferraty po sąsiedzku – blisko Polski

Dawno, dawno temu popełniłam ogólny wpis o via ferratach, czyli ubezpieczonych stalową linką eksponowanych szlakach górskich. Chwilę trwało dopracowanie szczegółów dotyczących najbliższych nam ferrat, ale od czego są majówki 😉 Niestety kapryśna (nie)pogoda pokrzyżowała nam część planów, nie przeszliśmy wszystkich via ferrat, zatem na pewno coś jeszcze na ten temat w przyszłości na łamach DzikiegoEntuzjazmu się ukaże.

Najbliższe Wrocławiowi via ferraty znajdują się w Górach Łużyckich w tzw. Szwajcarskiej Saksonii oraz po czeskiej stronie, czyli Czeskiej Szwajcarii. W sumie namierzyliśmy trzy via ferraty po niemieckiej stronie: Alpiner Grat w okolicy Oybina, Nonnestein w okolicy Jonsdorfu oraz ferrata Reisenboulder w Oderwitz (trochę nas zmyliły wskazówki internetowe mówiące o Oberoderwitz, okazało się, że to część Oderwitz). Najważniejsza lekcja to taka, że w niemieckim ferrraty mają swoją nazwę: klettersteig. Zatem wszelkie drogowskazy i mapki będą zawierać takie właśnie określenie.

Via ferrata Alpiner Grat

Za pierwszym razem (w ubiegłym roku) trochę tam błądziliśmy, teraz trafiliśmy bezbłędnie. Auto zostawiliśmy na leśnym parkingu na drodze pomiędzy Luckendorfem a Oybinem przy charakterystycznych czerwonych skałach w formie kielichów (parking jest przed skałami jadąc w stronę Oybina). Skały warto zobaczyć, bo to piaskowce nie dość, że ciekawie ubarwione, to jeszcze nietypowo ukształtowane. Na parkingu jest drogowskaz ze wskazówkami „Klettersteig Alpiner Grat”, idzie się jakieś 10-15 min. leśną ścieżką, kilkakrotnie są skrzyżowania z innymi ścieżkami, ale trzeba trzymać się tej jednej. Samo trafienie na ferratę to wypatrywanie miejsca, gdzie za wysokimi drzewami będą zarośla, w głębi zaś skały. Jest też zdezelowany drogowskaz, że to właśnie tu. Przed wejściem na samą via ferratę stosowna tablica informująca o konieczności posiadania sprzętu ferratowego oraz informacja o bezpiecznym poruszaniu się. Zatem po włożeniu uprzęży, kasków, przypięciu lonż i poprawieniu plecaków ruszyliśmy w górę. Przejście ferraty w czwórkę zajęło nam spokojnym tempem może z 30-40 min. Trudności wielkich na niej nie ma, choć oficjalna skala mówi, że droga ma wycenę C/D (w skali A-E). Częściowo można iść po skałach, asekurując się tylko wpięciem do liny, częściowo trzeba korzystać ze sztucznych ułatwień (klamer, bolców). Osoby wyższe mają zdecydowanie łatwiej – i to od samego początku.

W czasie naszego pobytu obserwowaliśmy… widmo Brockenu. Ponieważ było po deszczu, zatem cały las parował, z dołu podnosiła się też mgiełka i to na tej parze i mgle widzieliśmy własny cień otoczony tęczą. Nieziemskie zjawisko, choć ze względu na cienką warstwę mgły, na zdjęciach nie wyglądało okazale 🙂

Ponieważ byliśmy tam tylko we czwórkę, faceci postanowili zejść ferratą. Ja i koleżanka poszłyśmy tradycyjnym szlakiem.

Z ferraty Alpiner Grat roztaczają się piękne widoki na okolice Oybina i to może być pewną trudnością dla osób nie przyzwyczajonych do stania wyżej niż drzewa. Ferrata kończy się przy miejscu widokowym z barierką, zatem bardziej lękliwi mogą tam poczekać na ferratowiczów.

Via ferrata Nonnestein

Niedaleko via ferraty Alpiner Grat jest inna, startująca z miejscowości Jonsdorf. Kiedy spojrzycie na mapę, w Jonsdorfie jest charakterystyczna ulica Großschönauer w kształcie litery U. Trzeba dotrzeć na sam dół tego „U” – jest tam parking (płatny niestety), gdzie można zostawić auto. Z parkingu wyrusza się w kierunku Nonnenfelsen, czyli na skałki zakonnic (czy jakoś tak ;-)).

Po drodze jest kilka skrzyżowań, ale dobrze oznaczonych – kierunek wciąż ten sam. Odejście na ferratę jest tym razem bardzo dobrze oznakowane. I tu uwaga – wejście na ferratę po deszczu jest zabronione i grozi za to mandat – 100 euro. Tym razem nie ryzykowaliśmy i poszliśmy dalej szlakiem, ale byliśmy tutaj w sierpniu.

Ferrata poprowadzona jest bardzo fajnie, niejako równolegle do szlaku, choć oczywiście bardziej pokrętnie. Jej przejście w sześć osób zajęło nam chyba ok. godziny. Są tutaj urozmaicenia w postaci dwóch mostków: jeden ze szczebelkami, drugi – tylko linowy. Jest też jeden trudniejszy moment, który wymaga pewnej sprawności – przydają się podstawy wspinaczki w lekko przewieszonym terenie. Albo pomocne dłonie towarzyszy wędrówki 🙂

Via ferrata Reisenboulder

Skoro ferrata Nonnestein nie była nam dana w wilgotny dzień majówkowy, pojechaliśmy dalej, gdzie takich obostrzeń nie ma 🙂 W Oberoderwitz n ie udało nam się namierzyć letniego toru saneczkowego, gdzie miał znajdować się parking, pojechaliśmy zatem Neue Str. pod górkę w stronę Spitzbergu. Ale nie na samą górę, bo tam jest parking tylko dla klientów restauracji. Zanim droga zacznie się piąć mocno do góry, pod lasem znajduje się parking, tam można zostawić auto. Skałki (ferrata i drogi wspinaczkowe) są na lewo od parkingu.

Pod sektorem wspinaczkowym jest bardzo sympatyczny schron z miejscem do rozpalenia ogniska, z krzesłami, ba – z łóżkiem nawet! Z racji pogody, jaka się nam trafiła, była to doprawdy wspaniała miejscówka.

Ferrata zaczyna się trawersem. Takim dość wymagającym, szczególnie dla niskich kobitek, które formę wzięły i schowały do kieszeni. Ale przeszłyśmy go. Potem zaczyna się pionowa skała. Wzdłuż ferraty idzie zwykła droga wspinaczkowa, zatem ma ta ferratka taki mocno pionowy przebieg. Jest krótka, ale można się trochę zmęczyć. Aha i można pominąć trawers i wejść w nią nieco wyżej.

Decin – kilkanaście via ferrat

Z czeskich miejsc oferujących via ferraty udało nam się zaliczyć tylko Decin. Ostatniego dnia była znowu tak marna pogoda, a przed nami wymagająca ferrata, że poszliśmy za głosem rozsądku, by ją w deszczu pominąć.

Miasto Decin, leżące na brzegu Łaby, zainstalowało na lewym brzegu rzeki (część miasta Pastýřská stěna) kilkanaście dróg ferratowych. Wszystkie startują z jednego miejsca, choć de facto wejść w pion można na trzy sposoby. Kiedy szykowaliśmy się na dole podjechał do nas pan-operator, przyjrzał się naszemu oprzyrządowaniu, potem stwierdził, że Polacy to zwykle nie są dobrze wyposażeni, zajrzał, jak nam idzie i… pojechał.

Ferraty w Decinie dają w kość. Szczególnie tym, że widać jak na dłoni całe miasto, a tymczasem dłonie są zajęte kurczowym ściskaniem liny, nogi zapierają się o skałę, a w głowie kołaczą modlitwy, by to wszystko razem zadziałało. Niby nie są to długie odcinki, ale męczące i działające na wyobraźnię. Przynajmniej moją. Gdy ferrata jest częścią szlaku, jakoś łatwiej mi przychodzi pokonywanie trudności. Gdy wiszę ponad miastem, zastanawiam się, co ja właściwie robię w tym miejscu. Ale oczywiście satysfakcja po przejściu całości napawa dumą.

W Decinie znajdziemy ferraty wyceniane na A i B, po których wędrują dzieciaki. Ale są też takie z oceną D – jedna ma nawet sugestywną trupią czaszkę na schematach.

 

Babiszon
Czyta i pisze przez cały rok. Najczęściej dla własnej przyjemności. Choć z pisaniem różnie bywa, "czasami człowiek musi".
W zimie jeździ na nartach, w lecie nurkuje i zdobywa szczyty (bynajmniej nie lenistwa, choć też się zdarza), ostatnio zagląda górom "pod spódnice", bo została taternikiem jaskiniowym.
Czasem coś zorganizuje, a potem się zachowuje, jak dyktator, żeby plan wypalił. Innych dyktatorów nie lubi. Cóż.
Słomiany zapał do wszystkiego od zawsze.

Dodaj komentarz