I CO TU WYBRAĆ?

Zaczęło się głosowanie na budżet obywatelski w mieście W. Już się dowiedziałam ze źródeł zbliżonych do zainteresowanych, że zasady w tym roku są nieco bratobójcze. Można głosować na jeden projekt z każdego progu finansowego (które są trzy), co oznacza, że jeśli w dzielnicy są dwie inicjatywy z tego samego progu, to ich inicjatorzy podstawiają sobie nogi, kopią po kostkach, walą młotkiem po głowach itp.

Cóż, pieniędzy zawsze mało, a chętnych wielu: 817 projektów. Poświęciłam chwilę na ich przejrzenie i muszę powtórzyć to, co mówiłam podczas ubiegłorocznej edycji tej akcji. Wszystko super, popieram pomysł, świetnie, że ludzie mają choćby iluzoryczną możliwość decydowania o tym, na co idą ich podatki. Ale…

Czego chcą ludzie w mieście W.? Żeby wyrównać krzywe chodniki, uporządkować zarośnięte, zaniedbane, zagrodzone ulice i działki, zainwestować w parki, place zabaw, miejsca rekreacji, lepiej oświetlić miasto, wyrwać chwasty i nasadzić drzew. Wszystko bardzo pięknie, ale czy nie wydaje się wam, że to nie są jakieś wygórowane ambicje, lecz zwykłe gospodarskie obowiązki, jakie powinny być w repertuarze szefów miasta W.? Wiem, wiem, miasto jest duże, młyny pańskie mielą długo i porównanie jest dość odległe, ale ja zawsze odnoszę gospodarowanie w mieście do gospodarowania w domu. Jakbym miała dziki bajzel w którymś kącie albo przepaloną żarówkę, to nie organizowałabym głosowania wśród domowników, co najpierw sprzątamy, tylko bym to wreszcie zrobiła. 

Dla mnie projekt obywatelski naprawy lub budowy chodnika w którejś dzielnicy (nie na odludnych rubieżach, bynajmniej) przy równoczesnej wymianie kostki brukowej w centrum już n-ty raz jest jakimś kuriozum. W mojej optyce wezwania do uprzątnięcia terenu świadczą raczej o porażce odpowiedzialnych służb, a nie o wzmożeniu obywatelskim mieszkańców.

Poza tym zauważcie, jak się rozmijają potrzeby ludzi z ideami władz – przyjmijmy, że te 817 projektów jest jakoś reprezentatywne dla ogółu mieszkańców miasta W. i coś mówi o brakach, jakich doświadczają. Rekreacja, tereny zielone, huśtawki dla dzieci, drzewa i krzewy. Takich pomysłów naprawdę jest dużo. Tymczasem na nowych inwestycjach jak okiem sięgnąć rozciąga się beton, a zamiast trawników funduje się puste zamurowane place, gdzie nawet źdźbło trawy nie ma szans się wybić.

Zagłosowałam, to nawet nie było trudne. Szkoda tylko, że gdzieś z tyłu głowy miałam myśl, że ktoś ze mnie robi głupa.

 

Foto: clement127 / Foter / CC BY-NC-ND

fro
hasło przewodnie: rudy to nie kolor, rudy to charakter;
uwielbia: czytać, pisać, śpiewać, tańczyć i łazić po górach - jak to nastolatka ;)
chciałaby: umieć rysować i grać na gitarze;
ludzie: są dla niej niewyczerpanym źródłem inspiracji

4 Replies to “I CO TU WYBRAĆ?”

  1. No tak, ja też zagłosowałam. Nie przebrnęłam jednak przez czytanie projektów, tylko poznajdowałam w okolicy i u znajomych 😉
    Ale co wg Ciebie Fro powinno być w budżecie obywatelskim? Biorąc pod uwagę, że do zagospodarowania są całkiem niezłe pieniądze, a inwestycja musi dotyczyć gminnego terenu (czyli wszystkie nowoczesne osiedla, które są terenami wspólnot/deweloperów odpadają już w przedbiegach).
    Oczywiście łatanie dziur pieniędzmi oddanymi – choćby wirtualnie – w ręce obywateli jest słabe, ale bez zaspokojenia tych najpilniejszych potrzeb, trudno myśleć o jakiś fajerwerkach (choć zeszłoroczny wygrany projekt pomnika dzieci nienarodzonych (!) jest wyjątkiem potwierdzającym tę regułę).
    Zaś jeśli chodzi o ten kanibalizm, to jego powód jest całkiem słuszny. Do tej pory bowiem pula kasy była jedna i projekty były albo bardzo tanie (chyba do 5-15 tysi) albo wszystkie inne. Jak wygrało 5 drogich, to inne nie miały szansy na realizację. Teraz jest trochę chyba jednak sprawiedliwiej. No i same projekty mają etap weryfikacji, ktoś sprawdza, czy za zadeklarowaną sumę można spełnić marzenie, bo były przypadki gdy ktoś sobie wyliczył, że skwer pod domem można wypindrzyć za 10 tys. gdy tymczasem to koszt – strzelam! – postawienia 10 ławek, a gdzie nasadzenia, alejki itp.

  2. wiesz, dla mnie obywatelskość zaczyna się tam, gdzie już jest infrastruktura – i to mnie tylko boli w tym pomyśle
    wtedy wielkie budżety nie są potrzebne, bo ludzie mają podstawy i chcą tylko dopieścić swoją okolicę: pierdyknąć wodotrysk albo ławeczkę, bo mają taki plan; i tu nie ma po co angażować gminnych urzędników, oglądać się na innych, czekać na wielkie przedsiębiorstwo, które zrobi nam jedną rabatkę
    oczywiście w mojej utopii ludzie są też gotowi to zrobić sami i jedyne, czego im potrzeba, to trochę kaski
    natomiast mam wrażenie, że obecny budżet jest robieniem infrastruktury, a od tego jest gospodarz i jego całościowa wizja miasta, w której np. mieszczą się place zabaw lub boiska przy każdej szkole

  3. Prudencja Z. Niemiec says: Odpowiedz

    A propos bratobójczych walk… Wczoraj w naszej skrzynce pocztowej i na drzwiach w naszej klatce znaleźliśmy list od prezesa naszej spółdzielni z prośbą o poparcie trzech projektów. Kończył się PeeSem: Uwaga! proszę nie oddawać głosów na projekty …, bo one tak naprawdę nie będą realizowane przy Państwa blokach:) Zabrzmiało to w każdym razie tak, jakby przedszkolak wskazywał paluszkiem na kolegę i mówił: „Jego nie, jego nie, mnie wybierz, mnie, mnie, mnie”:)

    1. I to jest właśnie dowód na to, że do społeczeństwa obywatelskiego to nam jeszcze daaaaaleeeeekoooo.
      Pan prezes spółdzielni, skoro pełni tę dumną funkcję, to powinien wiedzieć, że peesem się zbłaźnił i jest żałosny. Niestety jest działaczem spółdzielczym, więc pewnie nigdy nie dojdzie do takiego wniosku, gdyż deszcz mu zalewa dziurki nosa. Taki typ.

Dodaj komentarz