Jak sroka w gnat

Słoneczko coraz mocniej przygrzewa, więc postanowiłam rozejrzeć się za jakimś sensownym mazidłem z filtrem UV, które mogłoby używać zarówno Dziecię nr 1, jak i Dziecię nr 2, które się wkrótce na świecie pojawi. Wyszłam bowiem z założenia, że Borys jeszcze z miesiąc pociągnie na tym, co nam się ostało z marcowego wypadu do Toskanii (aaachhh, eeeechhhh… się rozmarzyłam), a dla Nadii i tak trzeba będzie kupić coś innego, bo – mądrzejsza o rok macierzyństwa i kilka stert przeczytanych książek, czasopism i ulotek dla rodziców – wiem, że noworodki powinno się smarować tylko kremami z filtrami mineralnymi.  Czyli takimi, które działają na zasadzie lustra – tworzą na skórze fizyczną barierę i odbijają szkodliwe promieniowanie (ich minusem, tak przy okazji, jest to, że tworzą na skórze białą warstwę i jeśli chcesz, żeby naprawdę chroniły Ci dziecko przed szkodliwym promieniowaniem, to co jakieś dwie godziny trzeba procedurę nakładania danego kremu powtarzać…. Polecam to robić, ganiając jednocześnie za dzieckiem w piasku. Frajda, jak się patrzy:/ ). W zdecydowanej większości kremy do opalania, nawet te dla dzieci „powyżej 6. miesiąca”, zawierają filtry chemiczne, czyli substancje, które wnikają w wierzchnie warstwy naskórka i pochłaniają promieniowanie. Takie kremy w praktyce szybciej się wchłaniają i nie barwią skóry, ale w przypadku noworodków i ich bardzo wrażliwej – przynajmniej w początkowych tygodniach życia – skóry, mogą więcej naszkodzić niż przynieść pożytku.

Borys urodził się w zimie, więc problemu nie mieliśmy. Gdy jego tłuściutkie ciałko zaczęły muskać pierwsze promienie wakacyjnego słońca, mogliśmy bez obaw kupić krem z filtrami chemicznymi. No ale przy Nadii ryzykować nie chcę. Udałam się więc do pobliskich sieciowych drogerii w celu zakupu odpowiedniego kremu z filtrem mineralnym i przeżyłam niemałe  zaskoczenie, że do domu musiałam wrócić z niczym. No bo jedno to wiedzieć, że trzeba szukać filtru mineralnego, a drugie – potrafić rozpoznać taki filtr w składzie 🙂 A jak się ma w wózku kilkunastomiesięcznego szkraba, który namiętnie chce zrzucić wszelkie pudełeczka w zasięgu jego łapek, to chodzenie i czytanie ulotek w sklepie jest ostatnią rzeczą, na którą człowiek ma ochotę. W każdym razie ja wyszłam z założenia, że na danym opakowaniu musi być napisane „można używać od pierwszego dnia życia” i pod tym kątem robiłam przegląd kremów do opalania. No i nic nie znalazłam. Kiedy więc Dziecię zasnęło, postanowiłam skonsultować się z wujkiem Googlem, licząc, że znajdę NAZWĘ produktu, który mogłabym zakupić. I tak trafiłam na bloga niejakiej Sroki:) Czyli tu: http://www.srokao.pl/

Na jej stronie znalazłam analizę kremów przeciwsłonecznych dla dzieci. Ba! Więcej – rzeczowe, konkretne wyjaśnienie, na jakie nazwy w składach powinnam być wyczulona (np. Ethylhexyl Methoxycinnamate) i dlaczego (bo to filtr przenikający przez naskórek do krwiobiegu, który w organizmie potrafi zachowywać się jak hormony). Doprawdy, podziwiam Kobietę, bo przygląda się różnym produktom dla matek i dzieci, jak ta przysłowiowa sroka w gnat. Dociekliwie i z wyczuwalnym apetytem, żeby wydziobać to i owo;) A że z wykształcenia jest chemikiem, to – przynajmniej można mieć taką nadzieję – wie, co mówi. No na pewno wie lepiej niż ja:) Osobiście chemię nawet lubiłam, ale skończyłam z nią znajomość w liceum, czyli daaawno temu i zdecydowanie wolę poczytać poezję Rilkego niż składy moich kosmetyków na półce. Więc cieszą mnie takie strony, na których Ludzie dzielą się swoją wiedzą i pasjami. A analizy przeprowadzane przez Srokę mają dla mnie jedną, zasadniczą zaletę: pojawiają się w nich proste komunikaty: tego NIE! a to TAK! Bo… [I tu możesz zgłębić temat, ale nie musisz].

Więc już wiem, że zamiast do drogerii, lepiej mi iść do apteki i tam zaopatrzyć się w krem przeciwsłoneczny dla alergików – Mustela na przykład:) I że raczej muszę przygotować swój budżet na wydatek rzędu 35 zł za 40 ml.

Prudencja
W życiu i słowie ceni rozwagę, odpowiedzialność i konsekwencję. I poczucie humoru, choć talentu do opowiadania dowcipów Pan Bóg jej bardzo poskąpił. Gdyby tylko niemiecki nie ranił tak jej uszu, chętnie pomieszkiwałaby za zachodnią granicą. Ale tylko od czasu do czasu - bo z natury jest domatorką, która uwielbia polskie krajobrazy, historię i kulturę. Szczęśliwa żona, początkująca matka, spełniona kobieta (kolejność nieprzypadkowa).

4 Replies to “Jak sroka w gnat”

  1. Jestem pod wrażeniem ludzi, którzy czytają składy wszystkiego i jeśli jeszcze trochę poczytam i porozmawiam o tym, czym jesteśmy pasieni, też zacznę to robić. Właśnie przeglądnęłam Srocze analizy i chylę czoła. Co prawda nie ma się czym malować, bo wszystko jest złe ;), ale za to chusteczki do… wybrałam dobrze. Przypadkiem. Świetnie, że jest ktoś, kto chce i umie podzielić się swoją wiedzą.

  2. Już jakiś czas temu zaczęłam czytać etykietki na kosmetykach – ale blog srokowy zapisuję do ulubionych, bo takiej wiedzy nigdy za wiele.
    Na razie skupiłam się na poszukiwaniach czegoś, co nie ma w składzie SLS, idzie jako-tako. Szampon znalazłam, krem też – ale płynu do kąpieli ni hu hu. Drogeryjna sieciówka na R. ma naprawdę niezłe kosmetyki, tylko się trzeba dobrze nakopać, albo wiedzieć od razu, po co się idzie.

    1. Prudencja Z. Niemiec says: Odpowiedz

      Ten SLS, to chodzi o detergent: Sodium Laureth Sulphate?

      1. Tak, świństwo, które jest wszędzie. Nooo prawie, na szczęście

Dodaj komentarz