Jesień przyszła – wyciągamy gry planszowe

Nie da się ukryć, że mamy jesień w pełnej krasie. Szkoda tylko, że nie złotą-polską, lecz taką brutalną od razu z deszczem, jednocyfrowymi temperaturami i porywistymi wichrami. A do tego jeszcze ta zmiana czasu! Cóż robić wieczorami? Ano można sobie zasiąść przy dobrej książce – i o tym też będzie wpis (na razie muszą Wam wystarczyć lektury Pru oraz moje własne) – albo wyjść do ludzi, by zagrać w gry planszowe.

Mam nadzieję, że wiecie, iż obecnie planszówki to nie tylko Monopol i Chińczyk. Wiecie?!

Planszówkomaniaczka to nie ja!

Od razu wyjaśnijmy sobie, że w gry planszowe grywam, ale nie jakoś bardzo namiętnie. Ale spotkanie raz na jakiś czas (no dobra, tak raz na miesiąc, może nieco częściej) nie jest głupim pomysłem. Szczególnie planszówki, przy których człowiek może pogadać z bliźnimi i się trochę powydurniać. Bo siedzenia cicho i knucia to akurat nie lubię. A poza tym żaden ze mnie strateg – nie potrafię przewidywać kilku ruchów do przodu a co dopiero ustawiać sobie całą partię. I najbardziej to lubię gry imprezowe, wciągające kilka osób i to na wiele godzin. W domu mamy zaledwie kilka gier i to – żeby było śmieszniej – nie są sensu stricto planszówki.

A jeśli nie planszówki, to co?

Na przykład karcianki

Czyli gry karciane, ale zapomnijcie o pikach, kierach, waletach i jokerach. Nie to takie karcianki chodzi. Nowoczesne gry karciane mają bardziej lub mniej skomplikowane obrazki oraz zasady, z którymi trzeba się trochę oswoić. Sama bardzo lubię Intrygantów czy Splendor. Karciankami można też nazwać Czarne historie, chociaż karta jest w tej grze jedynie nośnikiem początkowo absurdalnej historii, którą towarzystwo (im liczniejsze, tym lepsza zabawa) musi rozwikłać. Ale moją ulubioną grą karcianą jest Dixit.

Pięknie namalowane karty, trochę fantazji, którą warto popuścić (to akurat moja pięta Achillesowa) oraz znajomość przeciwników. Oto, co się przydaje w dixitowych rozgrywkach. W podstawową wersję można grać do 6 osób, co się idealnie składa, by powigilijnie spędzić miło czas, zamiast dopychać się kolejną miską kutii.

Gry imprezowe

Moja ulubiona kategoria. Gry, w które można grać na imprezce w kilka, a nawet kilkanaście osób. Od jakiegoś czasu uwielbiam Tajniaków, którzy są nieprzewidywalni i za każdym razem zupełnie inni. A przy okazji nieźle dają popalić. No bo jak za pomocą jednego słowa i jednej cyfry połączyć jak najwięcej  wyrazów? Trzeba kombinować, ufać swojej drużynie i zachować kamienną twarz, gdy wprowadziło się ich w straszliwą pułapkę. Na początku roku do oryginalnych kart dołożyliśmy hasła jaskiniowe, mieliśmy powtórkę do egzaminu i jeszcze większą rozkminę w jednym.

Z innych gier imprezowych to Kalambury, których nikomu nie trzeba przedstawiać, Dobble, w których chodzi o spostrzegawczość. Jeszcze Tabu, w którym nie wolno używać zakazanych słów, choć tak bardzo pasują do definicji słowa.

Ni to planszówka, ni karcianka

Carcasonne – jedna z nielicznych w sumie gier, w które można zagrać w dwie osoby, a rozgrywka za wiele nie traci (o ile, rzecz jasna, ma się nie-męża, który lubi mącić i zabierać włości). Gra się małymi kartonikami, z których tworzona jest plansza. Podziwiam kunszt wynalazcy, który sprawił, że kartoniki, niezależnie od tego, co przedstawiają, zawsze pasują do siebie. Szczególnie polubiliśmy wersję Star Wars, gdzie buduje się asteroidowe pola, laserowe drogi i księżycowe świątynie. A do tego zagrabienie dóbr to walka między postaciami znanymi z filmów Lucasa.

Jest też iKnow, w której co prawda plansza jest i nawet odgrywa dość istotną rolę, ale raczej jako miejsce zakładów: ile wiem ja, a ile moi przeciwnicy. Gra składa się z setek pytań – czasem tak odjechanych, że szok. Ale nawet nie znając na nie odpowiedzi możemy wygrać, wystarczy, że dobrze obstawimy (nie)wiedzę naszych przeciwników.

Jednak gry planszowe

W sumie z klasycznych planszówek do głowy przychodzą mi dwie: Kolejka i Wsiąść do pociągu. W pierwszej można się przenieść w absurdalny (z dzisiejszego punktu widzenia) świat zakupów w PRL, gdzie nigdy nie wiadomo było, gdzie i kiedy uda się kupić potrzebne artykuły. Ciekawa jestem, jak do tej gry odnosi się młodsze pokolenie. Sama pamiętam głównie niekończące się kolejki do pustego mięsnego, gdzie oprócz pieniędzy trzeba się było wylegitymować kartkami oraz wszelkie produkty „podobne” i w zastępczych opakowaniach. Oraz, że wszyscy mieliśmy identyczne modele odkurzaczy, suszarek, lodówek, kuchenek i młynków do kawy. Różniły się kolorami. A dzisiaj to ikony designu użytecznego.

Wsiąść do pociągu to nieco skomplikowana gra, w której jeśli przyjdzie Wam grać z kimś obeznanym, nie ma szans na wygraną. Ale wciąga, a minuty lecą nie wiadomo kiedy.

Jeśli którąś z gier planszowych chcielibyście poznać bliżej, dajcie znać. Coś się wymyśli! 🙂

Babiszon
Czyta i pisze przez cały rok. Najczęściej dla własnej przyjemności. Choć z pisaniem różnie bywa, "czasami człowiek musi".
W zimie jeździ na nartach, w lecie nurkuje i zdobywa szczyty (bynajmniej nie lenistwa, choć też się zdarza), ostatnio zagląda górom "pod spódnice", bo została taternikiem jaskiniowym.
Czasem coś zorganizuje, a potem się zachowuje, jak dyktator, żeby plan wypalił. Innych dyktatorów nie lubi. Cóż.
Słomiany zapał do wszystkiego od zawsze.

Dodaj komentarz