Jopek, Arnalds i Napiórkowski – czyli co słychać u Prudencji

Polecę Wam dzisiaj płyty, w których niestety nie znajdziecie złotej, polskiej jesieni. Będzie nostalgicznie i bardzo melancholijnie, ale kto powiedział, że taka muzyka nie potrafi otulić, jak ciepły kocyk, gdy za oknem zaczyna się robić mgliście, dżdżysto i wietrznie? A tak właśnie na mnie działają „Minione” Anny Marii Jopek, „Chopin project” Olafura Arnaldsa i wiersze Twardowskiego w interpretacji Krzysztofa Napiórkowskiego.

Zacznijmy od najstarszej z tych płyt w naszej płytotece.

„Chopin project” 

W kompozycjach Olafura Arnaldsa zauroczyłam się kilka lat temu, kiedy zobaczyłam nagranie z pewnego performance’u:

Muzyka tego islandzkiego multiinstrumentalisty i producenta jest dla mnie zachwycająco pełna ciszy, przestrzeni i spokoju. Jest jak droga na szczyt, który zdobywa się w pojedynkę, ale z poczuciem, że nie jest się samemu. Arnalds zazwyczaj komponuje tematy instrumentalne, ale efekty jego współpracy z wokalistami także mają dla mnie swój skandynawski, surowy, prosty urok.

Kiedy więc kilka lat temu trafiłam na jego płytę z interpretacjami Chopina, wiedziałam, że zajmie ona poczesne miejsce na naszej muzycznej półce. I odtąd co roku, gdzieś w okolicy września, wyciągam ją na wierzch, by odetchnąć pełną piersią, gdy przytłacza mnie szarość i ciężkie chmury.

Na płycie „Chopin project” zachwycają mnie przede wszystkim nokturny w fenomenalnym wykonaniu niemiecko-japońskiej pianistki Alice Sary Ott i norweskiej skrzypaczki Mari Samuelsen. Ale o wyjątkowości płyty stanowi przede wszystkim realizacja dźwięku. To nie jest Chopin grany w sterylnych warunkach, na instrumentach najwyższej próby i z dbałością o nagraniowy detal. Ta płyta, choć absolutnie stonowana i senna na pierwszy rzut ucha, ma w sobie niesamowitą dawkę życia. Słuchając jej, możesz nie tylko zanurzyć się w genialnych kompozycjach mistrza Fryderyka, ale także zbliżyć się do fortepianu i usłyszeć oddech pianisty, brzmienie wytartego smyczka czy dotyk palca na klawiszu. Całość tworzy zachwycająco intymne wrażenie. Idealne na wieczór przy świecach.

„Minione”

A od kolacji przy świecach, już tylko krok do zmysłowego tańca we dwoje. Najlepiej do tanga i to nie tego, w wydaniu Budki Suflera, ale do tego pełnego namiętnych dźwięków i eleganckich ruchów, które kojarzą mi się z kameralnymi klubo-kawiarniami. Właśnie taka muzyka wypełnia płytę „Minione” Anny Marii Jopek i Gonzalo Rubalcaba .

To, co pierwsze rzuca się w uszy na tej składance, to niesamowita jakość dźwięku. Doprawdy, dawno nie słyszałam tak doskonale zrealizowanej płyty (no, ale cóż, amerykańskie wytwórnie są pod tym względem duuużo przed nami). Można się w niej do woli delektować urozmaiceniem interpretacji wokalnych i czystością głosu Jopkowej, a także niezwykłym ciepłem brzmienia fortepianu, który pod palcami Rubalcaby brzmi niebywale eklektycznie. Całość sprawia jednak harmonijne, spójne wrażenie zamkniętej w bańce czasu beztroskiej, przedwojennej chwili. Zresztą, sama Anna Maria pięknie pisze o tym we wstępie do płyty:

Kiedy nagrywałam „Minione”, nieustannie myślałam o kobietach, z których linii pochodzę. O tym, że śpiewam melodie skomponowane w najpiękniejszych latach ich życia. Latach beztroskiej młodości, koralowych ust, smukłych brwi i przepastnych miłości, na które było mnóstwo czasu. (…) Może ta muzyka, w której przeszłość przenika się z przyszłością, polskie, żydowskie czy argentyńskie okazuje się być równie dobrze kubańskie, będzie nie tylko moim szczęściem spotkania Gonzalo, ale także głosem tęsknoty za światem jedności, pokoju, wzajemnego szacunku i zaufania.

Moim zdaniem, pragnienie to bardzo dobitnie wybrzmiewa zarówno w warstwie wokalnej, jak i instrumentalnej tej płyty. Więc polecam. Nie tylko na jesienne wieczory.

„10 x Twardowski”

Na koniec zostawiam mały smaczek. To wiersze księdza Twardowskiego zaśpiewane przez Krzysztofa Napiórkowskiego. Płyta, która co prawda mnie nie powala i której nie słucham dniami i nocami, ale która – mimo wszystko – idealnie wpasowuje mi się w jesienne nastroje. Jest może mniej sentymentalna i przestrzenna niż poprzednie dwie, o których piszę, ale ma w sobie wiele miłych dla ucha harmonii i optymistycznych myśli. Jest jak szczypta kardamonu dodana do parującej filiżanki kawy. Charakterystyczny głos tego wokalisty rzeczywiście idealnie nadaje się do poezji śpiewanej, choć na dłuższą metę na płycie wybrzmiewa – moim zdaniem – zbyt monotonnie i przewidywalnie. Ale dla utworu „Nie martw się” warto było zainwestować w kupno tej płyty.

Prudencja
W życiu i słowie ceni rozwagę, odpowiedzialność i konsekwencję. I poczucie humoru, choć talentu do opowiadania dowcipów Pan Bóg jej bardzo poskąpił. Gdyby tylko niemiecki nie ranił tak jej uszu, chętnie pomieszkiwałaby za zachodnią granicą. Ale tylko od czasu do czasu - bo z natury jest domatorką, która uwielbia polskie krajobrazy, historię i kulturę. Szczęśliwa żona, początkująca matka, spełniona kobieta (kolejność nieprzypadkowa).

Dodaj komentarz