Kraj Basków: Bilbao

Skoro na dworze ziąb i mróz, przenieśmy się do ciepłych wspomnień z północno-zachodniej Hiszpanii

Bilbao nie jest – jak niektórzy uważają – stolicą Kraju Basków, ale na pewno jest jednym z bardziej rozpoznawalnym miejsc tego regionu (i chyba w ogóle północno-zachodniej Hiszpanii). Nie miałam za dużo czasu na zwiedzanie, ponieważ 3 godziny spędziłam w…

Muzeum Guggenheim

Już sam wygląd zewnętrzny budynku i jego otoczenie robi niesamowite wrażenie. Tak niesamowite, że może minąć dobra godzina zanim wejdziemy do środka. Położone nad Riva del Nervion O de Bilabao (nie mam pojęcia, co to oznacza) muzeum samo jest dziełem sztuki współczesnej, takie same dzieła je otaczają i znajdują się wewnątrz. Sztuka współczesna? Hmmm…

Budynek Muzeum Gugenheima przywodzi mi na myśl plątaninę jakiś cienkich blach albo taką mega wielką wstążkę, którą się sprytnie zaciągało, by tworzyła ni to kwiat, ni kokardę i zdobiła prezenty. O taką, jak na zdjęciu (myślałam, że to przeżytek PRLu). W południowym słońcu oczy oślepia złota blacha, którą budynek jest wyłożony. Niestety nie dane mi było zobaczyć, jak prezentuje się w świetle zachodzącego słońca, gdyż byłam wtedy gdzie indziej, ale o tym później.

Nadeszłam od strony rzeki oraz placu zabaw – to naprawdę niesamowite, że w tak turystycznym miejscu myśli się o najmłodszych. Zdjęcia niestety nie mam, ale uwierzcie, że był to wypasiony plac zabaw, na który z chęcią sama bym poszła, gdyby nie to, że czasu za wiele nie było. W każdym przewodniku opisane są dwie rzeźby, które należą i nie należą do muzeum. Można je oglądać za darmo, bo stoją na zewnątrz – to Mama, czyli wielka pajęczyca oraz Puppy, czyli nietypowy szczeniak. Jest jeszcze Wysokie Drzewo i Oko – coś jakby wielka zabawa geometrią, poukładane na sobie lustrzane kule. Cała konstrukcja odbija się w wodzie otaczającej tę część muzeum, a to, co wokół odbija się w kulach. Można stać i się gapić do woli. Mama jest lekko przerażająca, ale tak wysoka, że właściwie znika (chyba) wszelka arachnofobia. Nogi pajęczycy stają się filarami wokół których wiją się w pozach przeróżnych spragnieni uwiecznienia turyści. Jednak mój największy zachwyt wzbudził Puppy. Jest to rzeźba przedstawiająca siedzącego szczeniaka (ot, 15-metrowego), którą porastają różnokolorowe kwiaty. Kwiatki są wsadzane do otworów wypełnionych chyba jakąś glebą, rozrastają się tworząc wielobarwne plamy. Przekwitłe rośliny wymienia specjalna ekipa, którą miałam okazję obserwować przy pracy.

Wnętrze muzeum daje przyjemny chłód, to ważne, gdy na dworze temperatura osiąga (pod koniec września) 25-27 st. C. Podczas mojej wizyty niedostępne było 2. piętro, ponieważ akurat szykowano nową wystawę. Ale ekspozycje z piętra pierwszego i trzeciego dostarczyły i tak nadmiaru wrażeń. Jedną ze stałych instalacji (i bardzo rozpoznawalną) są – widoczne także z zewnątrz, ale jednak z daleka – Tulipany. Żeby je zobaczyć trzeba wyjść z hallu na parterze na taras, taki specjalnie przyszykowany dla nich. Fascynuje mnie z czego są wykonane, wyglądają jakby to była jakaś folia (taka, z której robią takie balony w dziwnych kształtach).

Podczas mojej wizyty w Muzeum Guggenheim odbywały się akurat trzy ciekawe wystawy czasowe: Andy’ego Warhola Shadows, wystawa Szkoły Francuskiej 1 poł. XX wieku oraz niesamowita instalacja video Sigh. Dwie pierwsze to wystawy obrazów – z audioprzewodnikiem oglądanie wszystkiego było naprawdę dobrą ucztą (choć mój angielski raczej koślawy jest mocno). Za to do obejrzenia Sigh nie trzeba było niczego poza oczami i uszami – stałam między telewizorami i byłam naprawdę zachwycona. Na każdym z ekranów widać inną sekcję orkiestry BBC, która „gra”. Słychać dźwięk, widać (na osobnym ekranie) dyrygenta, ale ręce muzyków są puste – naśladują jednak ruchy, jakie wykonywaliby, gdyby mieli instrumenty. To było naprawdę COŚ – przeczytać możecie o tej instalacji stronie Muzeum Guggenheim.

Po dłuuuugim zwiedzaniu muzeum opadliśmy nieco z sił (choć każde z nas czworga zwiedzało tyle, na ile miało sił i ochoty). Pora była niesprzyjająca jedzeniu (ok. 16.00), a nasze polskie żołądki krzyczały: jeść! Kupiliśmy zatem suchy prowiant i skonsumowaliśmy go sobie na jakimś uroczym placyku. Miejscowi większej uwagi nawet nie zwracali.

Jeszcze jednej rzeczy byłam w Bilbao ciekawa, bo przeczytałam o niej tuż przed wyjazdem to…

Most Biskajski

Czemuż on taki ciekawy? Bo jest gondolowy! Nie bardzo mogłam sobie wyobrazić, cóż to właściwie znaczy. A teraz już wiem. Nad ujściem (do oceanu) rzeki Nervión zbudowano żelazną konstrukcję – coś jakby połączenie dwóch dźwigów. Kratownicowy słup w górę, potem poziomy i na drugim brzegu identyczny pionowy. Wysoki na 45 m nad wodę wydaje się być ni to dźwigiem, ni mostem. I tak jest w rzeczywistości. Do poprzecznego słupa zawieszone są silniki (?) a do nich zamocowane liny, na których końcu (czyli tuż nad lustrem wody) dynda gondola. Wielka gondola, mieszcząca kilka samochodów i sporo ludzi. Niestety współtowarzysze nie podzielili mego zachwytu, w dodatku nie chcieli się przejechać tym cudem 🙁

Żeby w ogóle z centrum Bilbao móc się dostać do Mostu Gondolowego trzeba:
wsiąść w metro (niewielkie Bilbao ma metro!),
jechać pół godziny pod ziemią (niekiedy też nad),
wysiąść w środku blokowiska,
zdziwić się liczbą zawzięcie dyskutujących wszędzie (dosłownie!) staruszków,
bez pytania (bo niby jak?) zostać pokierowanym przez kogoś życzliwego w dół (naprawdę dzielnica jest pagórkowata, schodzi się zatem),
minąć niedużą demonstrację w sprawie oddzielenia się Kraju Basków (tak myślimy, że o to chodziło),
a potem ze zdumieniem zobaczyć… ruchome chodniki.

No wiecie takie chodniki to są w centrach handlowych, na lotniskach, ale pod gołym niebem?! Szok i niedowierzanie. Wszystko po to, by wracając z oględzin Mostu Biskajskiego nie musieć wędrować pod górkę. No to mi się podoba. Jechaliśmy, a jakże!

 

Babiszon
Czyta i pisze przez cały rok. Najczęściej dla własnej przyjemności. Choć z pisaniem różnie bywa, "czasami człowiek musi".
W zimie jeździ na nartach, w lecie nurkuje i zdobywa szczyty (bynajmniej nie lenistwa, choć też się zdarza), ostatnio zagląda górom "pod spódnice", bo została taternikiem jaskiniowym.
Czasem coś zorganizuje, a potem się zachowuje, jak dyktator, żeby plan wypalił. Innych dyktatorów nie lubi. Cóż.
Słomiany zapał do wszystkiego od zawsze.

One Reply to “Kraj Basków: Bilbao”

  1. No za sztuką nowoczesną zdecydowanie nie przepadam, ale tego 15-metrowego szczeniaczka to chętnie obejrzę, jeśli kiedyś trafię do Bilbao. A Mostu Biskajskiego Najlepszy z Mężów na pewno nie odpuści;) Więc z góry dziękujemy za cenne wskazówki:)

Dodaj komentarz