Kraj Basków: San Sebastian

San Sebastian (bask. Donostia) jest w tym roku – wraz z Wrocławiem – Europejską Stolicą Kultury, dlatego też w ogóle do niego trafiłam. Spędziłam w San Sebastian 4 dni (w tym 1 dzień przylotu i 1 wylotu), mniej tu będzie o zawodowych aspektach, a więcej o turystycznych.

Położenie

San Sebastian leży w północno-zachodniej części Półwyspu Iberyjskiego, niedaleko granicy hiszpańsko-francuskiej, nad Oceanem Atlantyckim (Zatoką Biskajską). Jest jednym z miast Kraju Basków, a przynależność do niego widać na każdym kroku – większość napisów jest głównie po baskijsku (i nie chodzi tu tylko o podwójne nazwy ulic, lecz szyldy sklepowe, afisze i plakaty etc.), a na masztach wiszą głównie flagi prowincji. Zresztą, wszędzie raczej znajdziemy informację, że to Donostia, nazwa San Sebastian jest na drugim miejscu.

Transport

Dolny Śląsk i Kraj Basków dzieli 2100 km, podróż samochodem trwa ponad 18 godzin, czyli sporo i dla kilku dni pobytu ta opcja zupełnie odpada. Najwygodniejsze połączenie lotnicze jest możliwe liniami Lufthansa z Wrocławia do Bilbao z przesiadką w Monachium. Przesiadka nie jest bardzo długa (ok. 1,5 godz.), monachijskie lotnisko wieeeeelkieeeee, czas na przesiadkę mija niepostrzeżenie (wyjście z samolotu, zorientowanie się w terenie, przejechanie lotniskowym pociągiem (!) na inny terminal), a przy odrobinie szczęścia można złapać darmowe Wi-Fi. Inny sposób to lot do Santander, które położone jest trochę dalej wzdłuż wybrzeża niż Bilbao.

Z Bilbao do San Sebastian można dostać się koleją (długo, ale tanio) bądź autokarem (krócej, ale drożej). Autobus odjeżdża spod terminala raz na godzinę i podróż trwa godzinę z kawałkiem.

W sumie odlatując z Wrocławia o 6.00 w San Sebastian można być przed południem. Nieźle. I ma się sporo czasu na pierwszy kontakt z miastem.

Spacerkiem przez San Sebastian

San Sebastian to średniej wielkości miasto, Wikipedia podaje, że ma niecałe 200 000 mieszkańców. Jest malowniczo położone nad niebieskimi wodami oceanu, ma szerokie piaszczyste plaże przy których biegną trasy szybkiego ruchu 😉 u nas rzecz niespotykana, ale w Hiszpanii nic specjalnego. W czasie przypływu z plaż zostaje wąziutki pasek piasku, ale w czasie odpływu plaże są szerokie i zachęcają do odpoczynku. Wszędzie podawane jest info o trzech plażach, choć dwie z nich w zasadzie można traktować jako jedno. Concha i Ondaretta oddzielone są bowiem od siebie jedynie kawałkiem skał (ok, żeby pomiędzy nimi przejść trzeba wyjść do góry, przejść się chodnikiem i dopiero zejść na plażę). Oddalona (i położona „za rzeką”) Zurriola robi wrażenie nieco bardziej dzikiej, podobno są tu lepsze warunki dla sportowców, np. surfingowców, czyli duże fale.

Z plaży Concha doskonale widoczne są dwa zielone wzgórza – po lewej Monte Igeldo, po prawej Monte Urgull (jak z Tolkiena!). Na Monte Igeldo można wjechać starą, ponadstuletnią kolejką, która po pierwsze wiezie nas pod górę (nie trzeba iść), po drugie jest tania (3,15 euro w obie strony, 1,75 euro w jedną), a po trzecie przenosi nas w początki XX w. Jechałam już wieloma kolejkami, ale tę polecam z całego serca – robi wrażenie. Podobnie jak widok na miasto i zatokę, który rozciąga się z góry. Prze-cu-dow-ny!

concha2

 

Czego niestety nie można powiedzieć o budynkach, które na górze stoją. Jakiś lunapark, który wygląda jakby od dawna był nieczynny (ale, o zgrozo, działa) – wszystko jakieś nadgryzione zębem czasu. U podnóża M. Igeldo żelazne (?) grzebienie czeszą wiatr – to rzeźba baskijskiego rzeźbiarza Eduardo Chillidy, różne jego prace widać w całym San Sebastian (była także wystawa we Wrocławiu) – cóż mogę rzec, sztuką współczesną naprawdę ciężko mi się zachwycić.

Na Monte Urgull trzeba wejść samodzielnie albo od strony portu, albo Muzeum Baskijskiego. Na górze są pozostałości twierdzy z okresów wojen napoleońskich oraz wielka figura Chrystusa i zamknięty kościółek. Generalnie raczej przygnębiające miejsce, choć może sprawiła to pochmurna pogoda. Rozczarował mnie położony na zboczach góry Cmentarz Angielski – raptem cztery groby na krzyż, dość zaniedbane do tego. Natomiast Muzeum Baskijskie jest godne uwagi, już sam budynek (a raczej dobudowa, bo część pomieszczeń to zabudowania dawnego klasztoru dominikanów) robi niesamowite wrażenie. Zresztą – w San Sebastian architektura stara przeplata się z bardzo nowoczesną i takie połączenie i przenikanie podoba mi się bardzo. Wystawy muzealne mniej i bardziej ciekawe, ale na deszczową pogodę były jak znalazł.

san_telmo

vincentUliczki starego miasta są wąskie i w większości wyłączone z ruchu, pełno tam małych sklepików, restauracyjnek i różnego rodzaju usług. Kiedy nadrobić chciałam zwiedzanie trzech świątyń, nie miałam żadnych problemów, by je wszystkie zobaczyć w ciągu jednej krótkiej wycieczki. Katedra, zbudowana pod koniec XIX wieku nie zachwyciła mnie ani z zewnątrz, ani wewnątrz. Z niej 15 min. spaceru prostą drogą prowadzi do najbardziej okazałej świątyni – barokowej bazyliki Santa Maria. Zdziwiłam się widząc kasę i pognałam dalej 😉 Zdecydowanie najlepsze wrażenie wywarł na mnie gotycki kościół San Vincente z niesamowitym ołtarzem – chyba nigdy nie widziałam tak wielkiego. A ponieważ w każdym kościele MUSI być też dzieło współczesne, to ze wszystkich oglądanych chyba ten Ukrzyżowany-bez-krzyża podobał mi się najbardziej.

 

ukrzyzowany

Ratusz, który stoi prawie nad samym morzem – któż by nie chciał takiego cuda? Sam budynek ma też ciekawą historię, ponieważ w przeszłości służył jako… kasyno! Jest duży i rozłożysty, przypomina raczej jakiś hotel niż siedzibę władz. Szczególnie, że na przeciwko jest plac zabaw. Cudo! W ogóle w San Sebastian w wielu miejscach są większe i mniejsze place zabaw. Skoro ja, jako nie-rodzic, zwróciłam na to uwagę, to znaczy, że jest ich więcej, niż przywykłam widzieć w polskich miastach 🙂

ratusz

Europejska Stolica Kultury – DSS 2016

Donostia – San Sebastian słynie (i to międzynarodowo!) z kilku wydarzeń kulturalnych, żeby wymienić tylko te najsłynniejsze:

  • styczniową Tamborradę, która jest co prawda świętem mocno lokalnym, ale tak widowiskowym, że ściąga co roku tłumy turystów, który chętnie dołączają do idących ulicami miast pochodów orkiestr perkusyjnych, wybijających marszowe rytmy na bębnach
  • odbywający się w lipcu międzynarodowy festiwal jazzowy – muzyka, plaża i morze, co powiecie?
  • wrześniowy międzynarodowy festiwalu filmowego, na który od 64 lat (!) przyjeżdżają gwiazdy kina z całego świata, podczas którego rozdawane są Złote Muszle (co świetnie nawiązuje do najsłynniejszej plaży – La Concha to właśnie muszla)

Biuro główne ichniejszej ESK nie jest łatwo znaleźć, chyba że mieszka się w hotelu przy tej samej ulicy 😉 Mieści się ono w dawnej remizie strażackiej, ma charakter mocno tymczasowy, żadnego wyszukanego designu i blichtru tu nie znajdziemy. Meble są recyklingowe – z palet, jeśli ktoś (taki dyrektor na przykład) potrzebuje mieć swoje biuro to ma… palety obite pleksi. Proste i łatwe do demontażu po tym, jak jednoroczna impreza dobiegnie końca. A z dachu remizy rozciąga się widok na dachy miasta i stojącą nieopodal katedrę.

zdachu

Jedzenie

Przybywając do kraju śródziemnomorskiego należy porzucić polskie pory jedzeniowe, albo chodzi się głodnym cały dzień. Ale nie w San Sebastian! Tu królują pintxos, czyli małe kulinarne dzieła sztuki. W każdym lokalu przez cały dzień można znaleźć wystawione na ladach mini-kanapeczki: z mięsem, owocami morza, serami. Wystarczy poprosić o talerz, wybierać do woli i zasmakować. Nie jest to oczywiście to samo co obiad, ale w szale pracowniczo-turystycznym pozwala nie chodzić głodnym cały dzień, gdy przeoczyło się porę obiadową (12.00-13.00) a do kolacji zostało jeszcze parę ładnych godzin (19.00-20.00). Podobno pintxos wybiera się do woli, a płaci przy oddawaniu talerzyka na podstawie wykałaczek. Nie wiem, zawsze płaciłam po załadowaniu talerzyka, bo ceny kanapeczek bywają różne (zwykle od 1 do 2,5 euro). Knajpek nie brakuje, choć ja miałam problem, by zjeść paellę, nie wiem, może to nie jest tamtejsza specjalność?

 

San Sebastian nie jest popularnym kierunkiem, bo trudno to miasto nazwać kurortem w naszym polskim rozumieniu. Ale jeśli ktoś porywałby się np. na odwiedziny północnej lub zachodniej Hiszpanii, to warto tu wpaść, poczuć klimat miasta. Zobaczyć, jak stare łączy się z nowym, posmakować pintxos i posiedzieć na plaży podziwiając niezwykłe otoczenie miasta.

 

 

Babiszon
Czyta i pisze przez cały rok. Najczęściej dla własnej przyjemności. Choć z pisaniem różnie bywa, "czasami człowiek musi".
W zimie jeździ na nartach, w lecie nurkuje i zdobywa szczyty (bynajmniej nie lenistwa, choć też się zdarza), ostatnio zagląda górom "pod spódnice", bo została taternikiem jaskiniowym.
Czasem coś zorganizuje, a potem się zachowuje, jak dyktator, żeby plan wypalił. Innych dyktatorów nie lubi. Cóż.
Słomiany zapał do wszystkiego od zawsze.

Dodaj komentarz