Ludzie listy tworzą

Spokojnie, to NIE będzie wpis o listach wyborczych…

Niedawno na stronach Empiku ogłoszono listę 100 książek, które TRZEBA przeczytać. Akcja podzielona była na dwa etapy – w pierwszym zestawienie tworzyli zaproszeni ludzie kultury, którzy na co dzień z literaturą mają do czynienia, w drugim do tworzenia rankingu zaproszono czytelników (zob. tu). Wszystko to miało być ponoć elementem nowej strategii Empiku zachęcającej do czytania wartościowej literatury.

Empik jako mecenas literatury pięknej do mnie nie przemawia. Przynajmniej w ostatnich latach zapracował sobie na złą opinię. Wchodząc tam, od progu wita człowieka mydło i powidło.  Mnie to mierzi. Nie od dziś wiadomo też o praktykach, które „zepsuły” rynek książki w Polsce (po doniesieniach o potężnych kłopotach finansowych tej firmy pisali o tym m.in. ludzie kultury w liście otwartym do prezes Empiku, która zapowiedziała „przywrócenie książkom ich należnego miejsca”; z listem można zapoznać się tu). Ale pomijając nawet te kwestie, to w kraju, w którym według raportu o stanie czytelnictwa (znajdziecie go tu) 20% społeczeństwa w 2014 r. nie przeczytało ŻADNEGO dłuższego tekstu, żadnej książki ani prasy, działania takiej firmy muszą być nastawione na zwiększanie zysku. I to jest główny cel tworzenia listy 100 książek, które trzeba przeczytać. Business is business.

Przy czym, dla jasności, osobiście lubię przeglądać tego typu listy:) A jest ich pełno w internecie. Mówią nam one coś o tych, którzy je tworzą (czyli np. o elytach lub o społeczeństwie), mogą nam pomóc zweryfikować zdanie o własnej znajomości literatury, a przede wszystkim mogą zainspirować. I ten ostatni aspekt najbardziej do mnie przemawia, gdy zaglądam do takich zestawień. W gąszczu książek, które są na rynku, trudno się poruszać. Być może dlatego, jak wskazano we wspomnianym raporcie czytelnictwa, największy wpływ na to, co czytamy, mają rodzina i znajomi. Jeśli przyjaciel poleca mi jakąś książkę, to większe prawdopodobieństwo, że po nią sięgnę niż gdybym zobaczyła tylko jej okładkę na półce w księgarni i miała się zdecydować.

Wszelkie listy, które w tytule mają „koniecznie” lub „trzeba” zawsze traktuję z pobłażliwym uśmiechem. Nie czuję przymusu, że książki z danego rankingu muszę przeczytać, ale nieraz natknęłam się na coś, co mnie zaintrygowało. To trochę jak z muzyką. Są różne gusta, a o gustach się nie dyskutuje.

Pozostaje jeszcze kwestia kanonu lektur. Ciekawa jestem, czy nadal jest jakiś zestaw książek, który każdy wykształcony człowiek powinien znać? Cieszę się, że za moich szkolnych czasów coś takiego funkcjonowało. Oczywiście, że były takie dzieła, które do dziś śnią mi się w koszmarach sennych (w szczególnie traumatycznych śni mi się np. że ląduję na bezludnej wyspie z „Lalką” Prusa), niemniej im jestem starsza, tym bardziej doceniam to, że gdzieś się kiedyś z nimi musiałam zetknąć. Wykształciły we mnie wrażliwość czytelniczą i wyczuliły na piękno. I choć Słowackiego nie czytam do poduszki, to cenię godziny spędzone na analizowanie jego dramatów i języka.

A Wy? Co myślicie na temat kanonów i zestawień typu „must read”?

Prudencja
W życiu i słowie ceni rozwagę, odpowiedzialność i konsekwencję. I poczucie humoru, choć talentu do opowiadania dowcipów Pan Bóg jej bardzo poskąpił. Gdyby tylko niemiecki nie ranił tak jej uszu, chętnie pomieszkiwałaby za zachodnią granicą. Ale tylko od czasu do czasu - bo z natury jest domatorką, która uwielbia polskie krajobrazy, historię i kulturę. Szczęśliwa żona, początkująca matka, spełniona kobieta (kolejność nieprzypadkowa).

5 Replies to “Ludzie listy tworzą”

  1. Nigdy nie wiem, co mam o tych listach sądzić (a powstało już ich milion i każda ponoć jest najbardziej obiektywna, sprawdzona, wyszukana i ach, och najcudowniejsza po prostu).
    Z jednej bowiem strony te listy udowadniają mi, że żaden ze mnie mól książkowy i że głupiutka jestem bardzo i nieoczytana.
    Z drugiej jednak, czemu na tych listach niewiele jest np. książek fantasy, podróżniczych, czytadeł, a nie brak wydumanych tytułów, do których pewnie autor opinii zajrzał raz w życiu, a potem uznał, że warto się tym pochwalić. No sorry – ja też się mogę pochwalić, że łyknęłam „Czarodziejską górę” i zagryzłam ją „W poszukiwaniu straconego czasu”, ale nie będzie to prawda – obie przeczytałam i o drugiej nieustannie próbuję zapomnieć. Pierwsza jeszcze jakoś daje radę, ale bez przesady, żebym ją komukolwiek miała polecać.
    Nie czytałam wszystkich opinii, zabiła mnie ta z „Anny Kareniny” – w zasadzie po niej mogłam porzucić czytanie listy. Recenzję wg mnie mógł napisać, bo ja wiem, 15-latek? No dobra, 18-latek.

    Ale, ale pozostając w temacie. Albo mi się zdaje, ale czytanie zaczyna być MODNE. A nastolatki chcą być MODNE, więc może coś z tego będzie.
    W mieście ukochanym robią np. fotki ludziom czytającym na przystankach (ale tylko czytaczom zwykłych książek), pojawiają się kampanie przeróżne, by udowodnić, że czytanie jest cool.
    Chociaż jak ostatnio byłam na weselu, a młodzi poprosili o wino lub książkę zamiast kwiatka, to chyba tylko od nas książkę dostali 😀 Przynajmniej nasz prezent zostanie z nimi na dłużej, haha.

    No i jeszcze w temacie promocji czytania, nie wiem czy znacie stronę wolnelektury.pl – tam jest cała rzesza darmowych książek, kanon światowej literatury. Kanon, który (przynajmniej w części) warto znać.
    Ściągnęłam sobie „Boską komedię” i udaję się do czytelni.

    1. Prudencja Z. Niemiec says: Odpowiedz

      Hehehehe…a więc Ty też szukasz straconego czasu;))
      I zgadzam się z Tobą, że na wielu tego typu listach można znaleźć książki, które mają typującego je pokazać w aurze splendoru i chwały intelektualnej.
      A przeciętnego człowieka wbić w ziemię, że taki malutki i się daną pozycją nie zachwyca. Dlatego w przypadku listy 100 Empiku dużo ciekawsza była dla mnie lista czytelników;) Choć w moim odczuciu akurat na niej jest sporo czytadeł.

      A co do mody – to pewnie coś w tym jest, że czytanie robi się „trendy”. I na pewno nikomu to nie zaszkodzi:) Niemniej mam wrażenie, że bycie oczytanym zawsze było dobrze widziane – no dobra, nie licząc czasów końcówki podstawówki, gdzie mól książkowy=kujon i lizus;) Z tym, że to, że coś jest dobrze widziane, nie przekłada się automatycznie na to, że wszyscy czytają. No bo bakcylem książek też trzeba się (mieć od kogo) zarazić:) I obawiam się, że akcje typu kampania reklamowa „czytają na przystankach” – niewiele tu pomogą;)

      1. Rzeczywiście lista czytelników jest jakby bardziej przyziemna. Czyli, wg mnie, prawdziwsza. Bo ja teraz być może bym nie poleciła nikomu Alchemika, ale 20 lat temu (sic!) kto wie. Poza tym, nie lubię się wypowiadać o literaturze, bądź „literaturze” jeśli jej nie skosztowałam. OK, Coelho trochę przedawkowałam i mogę duuużo opowiadać, niemniej jest to ten rodzaj literatury, który ludzi jest w stanie zaciekawić i wciągnąć. Podobnie jak Narnia, Hogwart, wszystkie wampiryczne opowieści, a także – niestety! – i Greyopodobni. Czy wszyscy muszą czytać zachwycać się Joycem? No nie – błędy młodości każą nam się zachwycić Samotnością w sieci. Więcej, są ludzie, którzy przez całe życie będą czytać Coelho, J.L. Wiśniewskiego, Wartona… i uważać, że jest to super literatura. Wolno im. Bo o gustach się nie dyskutuje, to raz, a po drugie nasza percepcja, doświadczenie życiowe i książkowe, nawet umiłowanie opisów/dialogów to rzecz bardzo indywidualna. Dlatego ja się nie zżymam, że ludzie czytają badziewie. Ja się zżymam, jeśli to badziewie jest pełne błędów interpunkcyjnych, ortograficznych, w tłumaczeniach (czego akurat nie oceniam ;-)) i uważam, że wina wydawcy wtedy jest bezsporna i jemu powinno się wlepiać mandat i jemu przyklejać łatkę „psucza” literatury.

        Nie ma się czym chwalić, ale nie ukrywam, że co roku na początku wakacji na studiach, kiedy już miałam przeczytane te wszystkie dostojne książki (a także streszczone w zeszycikach dla leni, którzy nie czytali), szłam do ciotki, brałam stertę romansideł by wydawnictwo Amber, zamykałam się w pokoju, łykałam to przez tydzień i wreszcie zaczynałam wakacje. Takie szmirowate katharsis.

        1. Prudencja Z. Niemiec says: Odpowiedz

          Moja droga, mnie się do dziś zdarza sięgać do romansideł „historycznych”, jak się odmóżdżyć totalnie potrzebuję. Ba! Mam nawet ulubioną pisarkę i cykl (Julia Quinn i rodzina Bridgerton);) Z Coelho wyrosłam, a te szmirowate amberopodobne pisadła wracają do mnie jak bumerang (być może hormony i ciąża mają coś z tym wspólnego, bo widzę tu zadziwiającą współzależność;))

          1. Ja lubiłam Judy Deveraux 😀

Dodaj komentarz