Małe szczęścia

Wiecie, co wzbudza mój prawdziwie dziki entuzjazm? Obserwowanie mojego pierworodnego. Jego uśmiechu, wciąż jeszcze nieporadnych kroków, upartego zdobywania nowych umiejętności, rozmazywania czekolady, jak już się do niej dorwie, na wszelkich możliwych płaszczyznach (choć – oczywiście – głównie w okolicach ust;)), zmieniających się rysów twarzy i kształtów pulchnego ciałka. Rozczula mnie jego gaworzenie (by nie rzec – gadulstwo), zaintrygowane spojrzenie, gdy przelewam wodę z kubka do kubka, niekłamana radość, gdy, słysząc przekręcanie klucza w drzwiach, biegnie na powitanie Najlepszego z Mężów z donośnym „TAAATTUUUU” na ustach. Nie zamieniłabym za żadne skarby świata ani jednej sekundy spędzonej z moimi Mężczyznami w niedzielne poranki, gdy Dziecię rankiem ląduje między nami, wtula swój okrągły nosek w moją szyję, tłustą stopkę ładuje w okolice policzka Taty i rozpychając nas na krańce łóżka, chichocze przez sen… Codziennie uczę się od niego czegoś nowego – przede wszystkim bezinteresownej miłości.

Pewnie, że bywają dni, kiedy jest trudno. Miewam przecież odruch wymiotny, widząc książeczki z kurami, które robią ko-ko-ko i kotami miau-miau-miau. Zdarza się, że dopada mnie gorszy dzień, gdy jak bumerang powraca do mnie pragnienie, by Młodego zamknąć w szafie na niewidzialny kluczyk. A już z całą pewnością najgorsze są dla mnie momenty bezsilności, gdy Dziecię płacze, a ja nie jestem w stanie go pocieszyć. Nie zmienia to jednak faktu, że Syn wniósł w nasze życie niespożytą dawkę pozytywnej mocy, która inspiruje, wypełnia szczęściem i poczuciem spełnienia.

Zastanawiam się od dłuższego czasu, co zrobić, żeby tego naszego Skarbu nie stracić. Nie stłamsić, nie zepsuć, nie zakopać… Jak Go umiejętnie oszlifować i pomnożyć? Rozmawiałam niedawno z pewnym psychoterapeutą (uwaga – nie mylić z psychologiem i psychiatrą, bo to – jak mnie oświecono – jest zasadniczo jeszcze inna bajka), który zauważył, że właściwie 99% naszych problemów w życiu dorosłym wynika z tego, czego doświadczyliśmy w dzieciństwie. Najczęściej ze strony rodziców. Na moje pytanie, czy można być rodzicem, który swojego dziecka nie skrzywdzi, usłyszałam odpowiedź negatywną. Błędów się nie uniknie, można je co najwyżej tylko neutralizować. I pamiętać, że ten Mały Człowiek jest zadany rodzicom tylko na krótką chwilę. Sam musi przeżyć własne życie.

Dziś Dzień Dziecka – święto każdego z nas. Wracam myślami do swojego dzieciństwa i stwierdzam, że choć moi rodzice idealni nie byli, to robili wszystko, by sprawić, że wyrośnie ze mnie szczęśliwy człowiek. Nie uniknęli błędów, ale efekt został osiągnięty. Mieli na niego duży wpływ, ale nie jedyny. W pewnym momencie zrozumiałam przecież, że za to, jak moje życie wygląda, jestem odpowiedzialna tylko ja. Zjem dzisiaj porządną porcję lodów, wspominając najlepsze chwile z beztroskich, pierwszych lat życia (o dziwo, trochę ich pamiętam). Zabiorę Syna na łąkę i będę go niestrudzenie gonić w berka, a potem gilgotać i cieszyć się jego zaraźliwym śmiechem. I wysłałam rodzicom przelew, by poszli do kawiarni na jakieś dobre ciacho. Ani Babcia, ani Dziadek już tego nie zrobią. A przecież dziecko tkwi w każdym z nas. I domaga się od czasu do czasu uwagi.

Prudencja
W życiu i słowie ceni rozwagę, odpowiedzialność i konsekwencję. I poczucie humoru, choć talentu do opowiadania dowcipów Pan Bóg jej bardzo poskąpił. Gdyby tylko niemiecki nie ranił tak jej uszu, chętnie pomieszkiwałaby za zachodnią granicą. Ale tylko od czasu do czasu - bo z natury jest domatorką, która uwielbia polskie krajobrazy, historię i kulturę. Szczęśliwa żona, początkująca matka, spełniona kobieta (kolejność nieprzypadkowa).

One Reply to “Małe szczęścia”

  1. Jako kobieta Absolutnie-Bez-Instynktu-Macierzyńskiego mogę tylko powiedzieć chapeau bas!

Dodaj komentarz