MARZEŃ NA JUTRO TRZEBA NAMARZYĆ

Poznałam ostatnio kilka nowych osób i kolejny raz przekonałam się, jak inaczej podchodzimy do świata. Absolutnie i z całą stanowczością mogę stwierdzić, że ja życia nie celebruję: ani jedzenia, ani pracy, ani poranków, ani kąpieli, ani snu, ani takich tam. Jestem z tych, dla których w zdecydowanej większości przypadków ważny jest cel, nie droga*. Ktoś napisał mi niedawno, że jestem głodna życia i… muszę się z tym zgodzić.  Oj, nie jestem ja artystką codzienności! Nie można mnie nazwać pedantką. Nie cyzeluję każdej czynności, nie kładę setnej warstwy, bo może coś będzie lepiej wyglądać. Jestem żarłokiem życia, napycham się, bo tyle jest jeszcze do zobaczenia, przeczytania, tylu ludzi do spotkania, tyle rzeczy do zrobienia, tyle uczuć do przeżycia, tyle marzeń do namarzenia. Nie dostałabym wysokiej noty za styl od żadnego jurora, ale – Bogiem a prawdą – mam to w poważaniu. W rzeczywistości poruszam się tak, jak po densflorze, ruchem posuwisto-zwrotnym, ale własnym. Nie trzymam ramy, ale na szczęście nie trzymam też gardy. Chyba że celebransi życia mnie do tego zmuszą.

A jak macie wy?

 

 

* Wyjątek: góry – wtedy obchodzi mnie droga, a nie szczyt. Ot, paradoks!

 

 

Foto: horrigans / Foter / CC BY-NC

fro
hasło przewodnie: rudy to nie kolor, rudy to charakter;
uwielbia: czytać, pisać, śpiewać, tańczyć i łazić po górach - jak to nastolatka ;)
chciałaby: umieć rysować i grać na gitarze;
ludzie: są dla niej niewyczerpanym źródłem inspiracji

3 Replies to “MARZEŃ NA JUTRO TRZEBA NAMARZYĆ”

  1. Prudencja Z. Niemiec says: Odpowiedz

    Ach, jakże ja bym chciała celebrować życie:) Smakować, doceniać każdą, absolutnie każdą jego minutę. I nawet miewam takie dni, gdy wydaje mi się, że tak właśnie żyję. Ale potem łapię się na tym, że chociaż bardzo tego pragnę, to jakoś nie potrafię zatrzymać pędu życia. I mojego płynięcia z jego wartkim nurtem. Owszem, usiądę z zachwytem na słonecznej łące i mrużąc oczy, będę chłonąć atmosferę miejsca. Jednak, jest bardzo prawdopodobne, że po kwadransie stwierdzę: „nie, no to bzyczenie doprowadza mnie do szału, słońce zaraz upodobni mnie do siostry Winnetou, a poza tym – chyba zjadłabym lody”. I ruszę z miejsca. Mam wrażenie, że gonitwa i biegunka myślowa podstępnie zagarnia nam kolejne obszary życia: rodzinę, nawiązywanie więzi, odpoczynek. I trzeba co jakiś czas przyglądnąć się, czy to, jak mijają mi dni, sprawia, że czuję się dobrze i na miejscu. Czy mam pokój w sercu i poczucie sensu życia? Ja mam. Nawet, jeśli nie mogę zaliczyć się ani do tych, co to celebrują najdrobniejszą czynność w swojej codzienności, ani do tych, co jak Fro, są nieustannie głodni życia – to uwielbiam swoje życie takie jakie ono jest i staram się je przeżywać tak, by już tu na ziemi dobrze je przeżyć. Lubię swoją codzienność, lubię siebie, kocham Ludzi, z którymi mam radość spędzać każdy dzień. Nie żałuję, że nie jestem mistrzynią „cyzelowania chwili”, choć od czasu do czasu dopuszczam do siebie głos, który mówi mi – carpe diem. Myślę, że clue, to nie zatracać się ani w jednym, ani w drugim stylu bycia. Taaaak… „równowaga” (lub: umiar – zwał jak zwał), to po „odpowiedzialności” i „konsekwencji” chyba trzecie ulubione słowo z mojego słownika;)

    A! I jeszcze jedno – muszę się Wam przyznać, że mnie lekki irytek trafia, jak mój wzrok napotyka co jakiś czas na tabliczki reklamujące „trenerów uważności”. Jakby już nawet spokojnie żyć się nie dało bez treningu;)

  2. Ja to chyba ani tak, ani siak. Biorę życie jakim jest, na ile mogę, to je sobie kreuję. Ale nie lubię się nad tym zastanawiać, tym bardziej tworzyć jakiś rytuałów. Celebruję (choć nie wiem, czy to właściwe słowo) chyba tylko sen – po prostu się bez niego nie potrafię obyć i nie, nie wystarczą mi ani dwie, ani cztery godziny, sześć to minimum absolutne. My z konkubentem to nawet rocznic żadnych nie obchodzimy, kiedyś próbowaliśmy sobie jakąś wymyślić – wspólny kredycik, a co! – ale nic z tego nie wyszło, bo zwykle w tym czasie nurkujemy w jez. Głębokie, czyli jesteśmy na obozie nurkowym, czyli nici z jakiegoś świętowania wielkiego.

    Mam w planach pewien wpis, który ociera się o ten temat 🙂 A może nawet dwa wpisy 😉

  3. To się chyba też z wiekiem zmienia. Świadomość upływającego czasu? Nie wiem. Do niedawna gnałam: jeszcze to, jeszcze to, tam jeszcze nie byłam, tego nie dotknęłam, czegoś nie zaliczyłam… Taka biegunka życiowa jeszcze mnie czasami napada, ale chyba mam świadomość, że już wszystkiego nie zdążę, nie ma takiej opcji, więc coraz częściej doceniam to, co jest, co trwa w danej chwili, zatrzymuję się, robię stop klatki. Myślę, że dużo we mnie było (i jeszcze czasami jest) ze skośnookich turystów: dopaść, zobaczyć, utrwalić, dalej… A w czerwcu przesiedziałam na krakowskim rynku dluuuugą godzinę, gapiąc się w gołębie, przelewający się tłum i nie miałam poczucia zmarnowanego czasu. Nawet na starość (niestety coraz częściej mój przedział wiekowy zaliczany jest do seniorów) daję radę się opalać bez dodatkowych czynności (czytanie, plotkowanie, słuchanie, konsumowanie, nawet myślenie). Celebruję nicnierobienie.

Dodaj komentarz