Matematyka dla malucha – książka na dobry początek

Na jednym z moich ulubionych blogów – mataja.pl – pojawił się niedawno wpis o matematyce dla dzieci. O ten, ten tu. Przeczytajcie, bo warto. Osobiście podkreśliłabym zwłaszcza te fragmenty, które mówią o kreciej robocie, jaką robimy sobie, wmawiając, że mamy absolutnie humanistyczny umysł i matematyki za nic nie pojmiemy. Niezbyt motywujące to podejście i sama, na własne życzenie, jestem jego ofiarą. Rozkochanie w matematyce idzie mi na starość opornie i bardzo żałuję, że w przeszłości z taką premedytacją wmawiałam sobie, że nie jestem w stanie jej się nauczyć.

Matematyka nie tylko dla dzieci

A nauczycieli matematyki miałam doprawdy fantastycznych – NIESAMOWICIE cierpliwych, pełnych wiary w ucznia, z ogromnym poczuciem humoru i umiejętnością pokazywania, że liczenie to bardzo przydatna umiejętność w życiu. Zwłaszcza Pani Krystyna Nazim i Pan Henryk Stokłosa – pozwolę sobie tych doskonałych nauczycieli wymienić z imienia i nazwiska – potrafili mój ośli upór przełamywać i wyciągać z szablonu myślenia, że jak się jest w klasie humanistycznej, to matematyka została stworzona po to, bym mogła sobie lepiej wyobrazić, co czeka mnie w piekle. Niestety, w pełni doceniłam to dopiero na studiach*.

Dziś wiem, że za moim „nielubieniem” tego przedmiotu stało przede wszystkim wrodzone lenistwo i stereotypy, w które chętnie się wpisujemy, gdy przynoszą nam wygodę i wytchnienie.  Prawdę mówiąc, nigdy nie miałam większych problemów z matematyką (choć stojąc przed wizją matury z matematyki, przejawiałam wszelkie objawy depresji maniakalnej), ale też z całą premedytacją traktowałam ją jako zło wcielone i na wszelkie możliwe sposoby próbowałam unikać. A potem okazało się, że nie da się bez niej sensownie prowadzić domowego budżetu 😉 I że nie da się jej w życiu uniknąć, jeśli chce się być świadomym obywatelem. Gdyby każdy człowiek potrafił po prostu liczyć, nie byłoby problemów z „chwilówkami”, z sekretem procentu składanego czy ze zrozumieniem, dlaczego lepiej nie pogłębiać deficytu finansów publicznych. Marketingowe triki przestałyby nas wywodzić na manowce, co najwyżej podejmowalibyśmy nasze decyzje konsumenckie z większą świadomością.

Wychowanie matematyczne

Staram się, by nasze dzieci od małego z matematyką były oswajane. Nieeee, uspokajam Was wszystkich, nie terroryzuję ich całkami, ułamkami czy różniczkowaniem. Ale wraz z Najlepszym z Mężów próbuję od małego uczyć logiki, liczenia i … wartości – na przykład pieniądza. Staramy się im to pokazywać na prostych zależnościach, które chłonne główki dwu i trzylatka są w stanie zrozumieć. Ot, na przykład – pokazujemy, że za tyle złotówek kupimy dwa lizaki, a za tyle, to już nawet plecak. Ale, żeby nazbierać na plecak lizaków, to mamusia lub tatuś muszą pracować tyle a tyle dodatkowo. A to znaczy, że tyle a tyle czasu nie będą mogli się z Borysem i Nadią bawić, itd. itp. I takie podejście naprawdę działa (tzn. dzieci – rzekomo z bólem serca, ale w praktyce dość skwapliwie – wysyłają nas raz po raz na „nadgodziny”, co by na plecak lizaków rodzice zarobili… 😉 ).

W matematycznym wychowywaniu bardzo pomaga nam też przedszkole: liczenie drzew/kasztanów/liści na spacerach, uczenie gier planszowych, ćwiczenia w tworzeniu wzorów – to wszystko dzieje się naturalnie i w zabawie. Dzieciaki rosną więc w atmosferze, która nie robi z matematyki demona, a nieodzowny element codzienności. I to jest kapitalne!

Pierwsza książka o liczeniu

Nie byłabym też sobą, gdybym nie wyszukiwała książek o matematyce 🙂 Naszym ostatnim odkryciem, na które natknęliśmy się w bibliotece, jest „Gdzie jest konik morski” Anity Bijsterbosch.

Przypadek rodziny wielodzietnej, choć nie bez problemów 😉

Jest to fenomenalna pozycja, w której uczymy się liczenia do 10, szukając z tatą – konikiem morskim – jego dziesiątej pociechy.

Szukamy i poznajemy bardzo ciekawe morskie żyjątka, które co rusz odkrywamy w zakamarkach książki. Niektóre dość oczywiste …

… a niektóre niekoniecznie 😉

Dzieciaki mają wielką frajdę w poszukiwaniach, uwielbiają przesuwać, odkrywać i obracać poszczególne okienka. Potem z zapałem liczą, powtarzając przy okazji i utrwalając sobie kolejne ciągi liczb. A zupełnie mimochodem można też przemycić biblijną przypowieść o wielkiej miłości Ojca do każdego swojego dziecka i … pokazać, że maluchami może się zajmować równie dobrze tata, jak mama – co też skwapliwie Pru czyni przy każdej okazji :))

W każdym razie – gorąco Wam tę pozycję polecam 🙂

 

* A gdyby Pani Nazim lub Pan Stokłosa kiedyś przypadkiem natknęli się na ten wpis, to chciałam Państwa poinformować, że moje „matematyczne przebudzenie” miało miejsce już na pierwszym roku studiów prawniczych, gdzie jedynym egzaminem, z którego zdaniem nie miałam problemów, okazała się logika, a w toku dalszej edukacji zdarzyło mi się nawet prowadzić badania humanistyczne powiązane z teorią gier, które zaowocowały grantem badawczym sfinansowanym z budżetu Narodowego Centrum Nauki 🙂

 


Anita Bijsterbosch

„Gdzie jest konik morski”

Wydawnictwo Adamada

Prudencja
W życiu i słowie ceni rozwagę, odpowiedzialność i konsekwencję. I poczucie humoru, choć talentu do opowiadania dowcipów Pan Bóg jej bardzo poskąpił. Gdyby tylko niemiecki nie ranił tak jej uszu, chętnie pomieszkiwałaby za zachodnią granicą. Ale tylko od czasu do czasu - bo z natury jest domatorką, która uwielbia polskie krajobrazy, historię i kulturę. Szczęśliwa żona, początkująca matka, spełniona kobieta (kolejność nieprzypadkowa).

2 Replies to “Matematyka dla malucha – książka na dobry początek”

  1. Wygląda na super książeczkę dla maluchów – ogromne dzięki za info, na pewno się zainteresujemy!! (u nas temat pierwszych cyferek również na topie ;))

  2. Pozwoliłam sobie przesłać link panu Heńkowi, Do p. Nazim jeszcze nie dotarłam.

Dodaj komentarz