Musicalów czar

Byłam, widziałam, usłyszałam. Tegoroczny „kosiarz” nagród filmowych – „La la land” – nie rzucił mnie wprawdzie na kolana, ale bardzo, ale to bardzo mi się podobał.

Dla tych, co kochają jazz

Właściwie chyba można zaryzykować stwierdzenie, że film będzie się podobał wszystkim, którzy kochają muzykę. Wszak to musical i do tego jeszcze tygiel konwencji i stylów. Każdy może znaleźć w nim co nieco dla siebie – jest tu i klasyczny rozmach rodem z widowisk wystawianych na Broadway’u, i intymność kina niezależnego, jest baśń i słodko-gorzka historia, że w życiu człowiek musi być zawsze odpowiedzialny za swoje wybory, są brawurowe harmonie i wysmakowane motywy muzyczne. I mnóstwo, mnóstwo odniesień – do rozmaitych tekstów i dźwięków kultury. To bogactwo, a jednocześnie spójny i dobitny przekaz sprawia, że zachwyt nad „La la land” nie dziwi.

Co autor miał na myśli?

Film oglądałam w towarzystwie mojej piętnastoletniej kuzynki (nie zaryzykowałam wzięcia jej na historię Wisłockiej;)). Trwa ponad dwie godziny i raczej nie jest typowym, hollywoodzkim produktem – nie ma strzelanek, szybkich samochodów i gorących scen (oj wiem, wiem, że upraszczam;). Co jakiś czas zerkałam na Młodą i byłam święcie przekonana, że za moment usłyszę: „A możemy już iść?”. Jakież było moje zaskoczenie, gdy po wyjściu z kina usłyszałam, że to był naprawdę fajny film. Chwytając się tego stwierdzenia, jak ostatniej deski ratunku (próbowaliście kiedyś wyciągnąć od nastolatka więcej niż jedno zdanie opinii na jakiś temat??!!), zapytałam, o czym, według niej, jest ten musical. Ku mojemu zaskoczeniu nie stwierdziła, że o miłości, ale odpowiedziała: „myślę, że o tym, że w życiu każdy wybór niesie za sobą różne konsekwencje. I one wcale nie muszą być dobre ani złe. One po prostu są”. „Brawo, Damien” – pomyślałam, chyląc czoła przed reżyserem i autorem scenariusza (Damienem Chazellem).

Król jest tylko jeden

„La la land” nie rzucił mnie jednak na kolana, bo od lat jestem wierną fanką „Dźwięków muzyki”. Ten amerykański musical z 1965 r. to zaadaptowana autobiografia arystokratki Marii von Trapp – opowieść jak w Austrii, w przeddzień wybuchu II wojny światowej zrodziła się jej miłość do kapitana Georga von Trappa i jego dzieci. Oglądałam ten film tryliardy razy, co już samo przez się powinno zwrócić uwagę, bo Prudencja nie przepada za kinem i taką formą spędzania wolnego czasu. Ale „Dźwięki muzyki” brzmią dla mnie jak dzieciństwo, baśnie, radość i wolność. Nieustannie zachwycają klasycznymi ujęciami i prostymi środkami wyrazu. Twórcy tego filmu – Robert Wise (reżyser), Irvin Kostal (muzyka), Boris Leven (zdjęcia) – nie mieli do dyspozycji takich technologii, jakimi dysponuje współczesny przemysł filmowy. A mimo to stworzyli ponadczasowy obraz, który do dziś wzrusza, bawi i zachwyca. Przynajmniej mnie – matkę (póki co) dwójki dzieci;))

Prudencja

W życiu i słowie ceni rozwagę, odpowiedzialność i konsekwencję. I poczucie humoru, choć talentu do opowiadania dowcipów Pan Bóg jej bardzo poskąpił. Gdyby tylko niemiecki nie ranił tak jej uszu, chętnie pomieszkiwałaby za zachodnią granicą. Ale tylko od czasu do czasu – bo z natury jest domatorką, która uwielbia polskie krajobrazy, historię i kulturę. Szczęśliwa żona, początkująca matka, spełniona kobieta (kolejność nieprzypadkowa).


Dodaj komentarz