Nietypowy urlop w Grecji

Nigdy wcześniej nie byłam w Grecji, dlatego kiedy tylko padła propozycja, żeby spędzić tam urlop, nie wahałam się zbyt długo. Pojechaliśmy tam, żeby wziąć udział w międzynarodowej imprezie dla grotołazów – Balkan Caving Camp (albo Balkan Cavers Camp, organizatorzy używali obu nazw). Jako że chętnych było osiem osób, uznaliśmy, że przejedziemy się do tej Grecji wesołym busikiem. Oczywiście bez przygód się nie obyło 😉

Przygoda nr 1 – paszport

Na jednym ze spotkań, miesiąc przed wyjazdem, koleżanka wyraziła wątpliwość, czy aby nie będzie mieć problemów przy przejeździe przez Macedonię, jeśli ma pieczątkę z Kosowa. No i w tym momencie dopiero spadło na mnie olśnienie – tam, jedzie się przez kraje, które nie są w UE. A ja, totalna euroentuzjastka, w ogóle nie przyjmuję do wiadomości, że gdzieś w Europie trzeba mieć gustowną książeczkę na pieczątki. Bo takowej nie posiadam. Oświecona w te pędy zalogowałam się do systemu rezerwacji biletów w lokalnym Urzędzie Wojewódzkim. Biletów… nie było. O godz. 23.oo kilka się pojawiło – wizyta w dniu naszego wyjazdu. Zaje…e! Już żegnałam się z gąską, ale ta sama koleżanka, która oświeciła mnie w kwestii paszportu, znalazła na stronach MSZ informację, że co prawda Serbia i Macedonia w UE nie są, ale można się do nich dostać na dowód. Uffff.

Przygoda nr 2 – busikiem na urlop w Grecji

Cały sierpień trzymaliśmy kciuki za nasz wesoły busik. Miał być bowiem wystawiony na sprzedaż, ale gdyby jednak transakcja nie doszła do skutku tydzień przed planowanym wyjazdem, mogliśmy się nim cieszyć. Plany planami, a życie sobie. W busiku powiem pękła szyba, a ubezpieczyciel za nic sobie wziął nasz nieodwoływalny termin wyjazdu. Trzeba było pędzić dwoma rączymi rumakami, co jednak trochę podrożyło całą imprezę. W dodatku pojechaliśmy w siódemkę, ale osobnik nr 8 był ciągle w naszych myślach 😀

 

Wyjechaliśmy w piątek wieczorem (ok. 21.00), jechaliśmy całą noc i pół dnia. Około 16.00 byliśmy w Sofii – a tam magicznie była już 17.00. Zrobiliśmy sobie ekspresowe zwiedzanie stolicy Bułgarii. Przegoniłam towarzystwo po mieście za nic mając marudzenia. W końcu przyznali rację, że to chyba był niezły pomysł na rozprostowanie kości. W Sofii uznaliśmy, że kolejna noc spędzona za kółkiem nie bardzo nam się uśmiecha – mimo że w ekipie siedmioosobowej było 7 kierowców. Zatrzymaliśmy się pod Salonikami na campingu, po szybkim rozłożeniu plandek, karimat i śpiworków wszyscy grzecznie, jak na kolonii, smacznie zasnęliśmy bez zbędnego rozstawiania namiotów. Wstaliśmy o 7.00 – niektórzy po to, żeby się wykąpać w morzu, inni – pod prysznicem.

Okazało się, że Grecja będzie się ciągnąć przez 700 kilometrów! Porzuciliśmy myśl o zwiedzaniu Aten (chlip, chlip), ale udało się:

  • tankować na stacji z widokiem na Olimp, co potwierdził Pan sprzedawca – i wow, co to jest za góra, nie dziwię się, że starożytni umiejscowili tam swoich bogów,
  • zjechać do Termopil, czyli miejsca słynnej bitwy. Nie wiem, jak wyglądają pola pod Grunwaldem, a po tym, co widziałam w Termopilach mogę sobie wyobrazić 😉 wiedzieliśmy z przewodnika, że ma tam stać pomnik Leonidasa, ale spodziewaliśmy się chyba czegoś jeszcze niż Po Prostu Pomnika W Szczerym Polu
  • z okien samochodu dojrzeliśmy Kanał Koryncki (w pracy mnie pouczono, że to jest bardzo ważny przekop, jak Sueski, albo inny Panamski) – jeju jaki on jest wąziutki!

Naszą miejscówką było Leonidio położone na Peloponezie – miasteczko oddalone o 90 km na wschód od Sparty i 210 km na południe od Aten. Miasteczko, któremu daleko do urokliwych miejsc z katalogów touroperatorów, za to widać, że przybywa nam specyficzna grupa turystów. Wspinacze. Bowiem nad Leonidio oraz wszędzie dookoła znajdują się góry, których zbocza są pionowymi skałami. Jest to region wspinaczkowy dość młody, dopiero zacznie się tam boom. Ale to pewnie jesienią. W lecie bowiem nawet najbardziej znany sklep wspinaczkowy był zamknięty. Patrząc na skały, które o 8.00 do wieczora są w pełnym słońcu, jakoś nas to nie dziwiło. Ale jesienią i wiosną, a może i zimą…

Naszym celem – głównym – były jaskinie. Niestety nasza wrodzona punktualność, szwajcarskość wręcz (tak uznali miejscowi), sprawiła, że jaskinie odwiedzaliśmy we własnym gronie. Uznaliśmy, że to przesada, by umawiać się na 8.30, czyli wstać ok. 7.30, czekać, czekać, czekać i czekać przy okazji wywierając presję na otoczenie tym czekaniem, by o 10.00 dowiedzieć się, że jeszcze trzeba trochę poczekać. W związku z tym braliśmy namiary GPS i sami sobie znajdowaliśmy miejsca do zaparkowania auta, a potem po zostawionych przez przezornych organizatorów kawałkach taśmy dochodziliśmy do celu. Czasem nawet nasze samochody były wskazówką dla innych, że oto jest miejsce do parkowania, ergo – jaskinia jest w pobliżu.

Jaskinia wodna – Mana

To jedna z najciekawszych jaskiń, w której byliśmy. Oczywiście gdybyśmy pewną rozmowę przeprowadzili nie po jej zwiedzeniu, a przed – ja bym na pewno do niej nie weszła. Kiedy bowiem rozpływaliśmy się w zachwytach nad niezwykłością miejsca, pewien Grek powiedział, że tydzień wcześniej w jaskini tej urzędowała żmija i czy żeśmy jej nie widzieli. Żmije tamtejsze to takie bardzo, bardzo, bardzo jadowite stworzenia. Zwierzęta zaś, które budzą we mnie prawdziwą panikę, lęk, przerażenie, ohydę i wszystko co najgorsze to… węże.

Jaskinię zwiedza się brodząc w wodzie – czasem po kostki, czasem po cycki. Trzeba mieć piankę nurkową, bo ta daje jakikolwiek komfort cieplny (dlaczego? odpowiedź jest w moim cyklu nurkowym), woda bowiem należy raczej do chłodnych. Jaskinia jest dłuuuugim tunelem zalanym wodą. Ze stropów i ścian zwisają piękne nacieki wszelkiej maści. Na przykład cudne heliktyty, które generalnie rzadko się widuje, a są takimi cudaczkami wśród nacieków.

W jaskini były dwa trudniejsze miejsca. Jedno to wąziutki korytarzyk – trzeba było iść bokiem, zdjąć kask (bo się nie mieścił) i oddychać swobodnie, bo wody było po brodę (moją). Trwało to ze 20 kroków. W drugim trzeba było nabrać powietrza i dać nura pod wodę – przy okazji przytrzymać się liny, żeby wiedzieć, gdzie się jest. Tu wspomógł nas nie-mąż, który zanurkował jako pierwszy, a gdy zobaczył, że cała długość zanurzenia jest mniej więcej jego wzrostu wyciągnął nogę w naszą stronę. Trzymając się jego stopy byłyśmy wyciągane przez niego na drugą stronę „syfoniku”.

Nurkowanie w okolicach Leonidio

Niestety zawiedliśmy się na miejscówce nurkowej. Być może sensowne miejsca na „puszczenie bąbla” znajdują się dalej i trzeba do tego zapłacić za wycieczkę łódką. Byliśmy nawet gotowi to uczynić, tyle że właściciel centrum nurkowego przebywał w stolicy i nie chciał nawet słyszeć o powrocie do Leonidio dla jakiś nurasów. Do otworzenia biznesu i wypożyczenia nam części potrzebnego ekwipunku namówili go dopiero znajomi, organizatorzy naszego campu. Niecierpliwi byliśmy, bo pod centrum nurkowym czekaliśmy od 7.50, a o 8.08 zadzwoniliśmy, by zapytać, co się stało. W odpowiedzi usłyszeliśmy „Jest 8.08, o co Wam chodzi? Tu jest Grecja!” i gdy przyznaliśmy się, skąd jesteśmy dodali „Aha, Polska – to blisko Szwajcarii, wszystko jasne”.

Ale ad rem. Nurkowanie było słabe, na planowanego głębokiego nurka płynęliśmy pół godziny i z ledwością udało nam się dobić do 30 m głębokości, na której to mieliśmy sytuację lekko awaryjną, gdyż nie-mężowe automaty (będzie w wątku nurkowym, obiecuję!) trafił szlag. Więc musieliśmy płynąć na powietrzu tylko z mojej butli, które – jak się możecie domyślać – szybko się skończyło. A po powierzchni w rynsztunku nurkowym to ja bardzo nie lubię pływać. W dodatku ciekawe rzeczy kończyły się mniej więcej na 10 metrach głębokości – były to skały, jakieś stare rafy itp.

Greckie jedzenie

Żadnych pulpetów w słoikach! To było główne hasło wyjazdu. Wzięliśmy tylko parę paczek liofilizatów na drogę, byśmy z głodu w razie awarii nie umarli. Przydały się w sumie ze dwa razy – nie z powodu awarii, lecz braku czasu na porządne śniadania.

To, co zaoferowali nam organizatorzy campu wprawiło nas w osłupienie. Dostaliśmy bowiem: 2 kanapki chleba podobnego do chałki (może nie aż tak słodkiego), porcję masła, dżemik i jajo na twardo. To wszystko za 3 euro. Zjedliśmy i postanowiliśmy, że nigdy więcej. W centrum miasteczka na eurasa kupowaliśmy w piekarni buły z nadzieniem rozmaitym – na słodko, słono, z mięsem i wege. A naprzeciwko była kawiarnia z mocną kawą po grecku.

Obiady serwowane w bazie campu również nas nie zachwyciły (sam ich wygląd i zapach nie zachęcał do spróbowania), szukaliśmy więc lokalnych knajpek i testowaliśmy podawane tam jedzenie. Generalnie mięsożercy mają duuuuży wybór dań w każdej restauracji, ale sytuacja niemięsożerców nie jest najgorsza. Zawsze można było zjeść smażoną fetę (pyyycha!), w każdej karcie były też jakieś grillowane warzywa, do tego oczywiście owoce morza (choć nie zawsze świeże!). Pokochaliśmy pewną restaurację z sąsiedniej miejscowości, gdzie przy długim stole siedzieliśmy tuż przy malutkiej plaży, widok na morze i góry przy jedzeniu to jest to! Ceny wahały się 10-20 euro w zależności od zamawianych potraw.

Podsumowanie

Aktywny urlop w Grecji jest super! Jednak dojazd tam samochodem to hardcore. Wracaliśmy 36 godzin bez przerwy i dało nam to nieźle w kość. Biorąc pod uwagę, że na miejscu byliśmy 5 dni, a praktycznie cztery dni spędziliśmy w sumie w podróży, to jednak wychodzi trochę dużo. Z perspektywy czasu oceniam, że rozsądniej było kupić bilety na samolot i wynająć samochód na miejscu. Tyle że wtedy trudniej byłoby się nam spakować. Nie ma idealnego rozwiązania 🙁 ale przed następnym Balkan Cavers Camp coś wymyślimy. Bo oczywiście jedziemy! Tym razem do Rumunii.

 

Babiszon
Czyta i pisze przez cały rok. Najczęściej dla własnej przyjemności. Choć z pisaniem różnie bywa, "czasami człowiek musi".
W zimie jeździ na nartach, w lecie nurkuje i zdobywa szczyty (bynajmniej nie lenistwa, choć też się zdarza), ostatnio zagląda górom "pod spódnice", bo została taternikiem jaskiniowym.
Czasem coś zorganizuje, a potem się zachowuje, jak dyktator, żeby plan wypalił. Innych dyktatorów nie lubi. Cóż.
Słomiany zapał do wszystkiego od zawsze.

Dodaj komentarz