Obsługiwałem angielskiego króla

W czeskim Javorniku można się poczuć niczym władca angielski (brytyjski, czy jakikolwiek inny). Mieścina to bardzo, ale to bardzo niewielka – ale góruje nad nią zamek Jansky Vrch i z tego jest znana po obu stronach granicy. Oprócz zamku – parę sklepików, jakieś bary, sporo kamieniczek-ruder i Taverna. Poszliśmy do tego ostatniego przybytku zmęczeni nocnymi wygibasami przy ognisku, wędrówką pod zamek, spacerem po parku i leżeniem na łące (dokładnie w tej kolejności).

Taverna jest w zasadzie typowym czeskim lokalem – bar, stoliki (ale jest to restauracja hotelowa, o czym się dowiedziałam z ich strony). Obsługiwał nas przemiły kelner, ubrany, jak na kelnera przystało w białą koszulę, czarne spodnie i muchę, który od każdego zebrał zamówienie (częściowo po polsku, częściowo po czesku – zależy jak nam się powiedziało ;-)) wyjaśniając ewentualne wątpliwości co do menu.

Obsługa była super, jedzenie smaczne bardzo, wszyscy (a była nas dziewiątka) dostaliśmy nasze dania razem. Później nie było żadnych problemów z rozbiciem naszych rachunków na osobne – meldowaliśmy jedynie, kto za co będzie płacił. Co więcej – przeliczył nam od razu korony na złotówki i dopisał te kwoty obok. Były pewne zawirowania przy płatnościach (w sumie trudno było podejrzewać, żeby miał przygotowane drobniaki naszej waluty), ale po prostu wzięliśmy stosik paragonów i między sobą podzieliliśmy się kasą, zostawiając panu kelnerowi wszystko „do kupy”. Acha, można też płacić kartą, co u południowych sąsiadów jest raczej rzadkością.

Niby nic specjalnego, a jednak…

Dzień później w polskiej bistro-restauracji (łaskawie może nie wspomnę nazwy). Zamawiamy przy kasie jedzenie – nic specjalnego w sumie dwie porcje pierogów z surówkami i zestaw z drobiowym kotletem (kotlet, frytki, surówki). Pani informuje nas, że na pierogi trzeba 10-15 min. poczekać. Ok, poczekamy. Płacimy (szczęśliwie można kartą), pogoda jest ładna, więc wychodzimy na zewnątrz.

Po rzeczonych 10 min. pani z obsługi (t-shirt, ale przynajmniej firmowy) przynosi jedną porcję pierogów. Głodomór największy (czyt. babiszon) wcina ją powolnymi ruchami, gdyż czeka na resztę współbiesiadników. No niestety na zewnątrz pierogi stygną szybciej, więc nie oglądając się na savoir-vivre i inne takie, je aż jej się uszy trzęsą. Po 15 min. koleżanka idzie się upomnieć o pierogi, a konkubent o kotleta – wtedy się dowiaduje, że na kotleta to trzeba czekać, wściekły zwraca uwagę, że nikt go nie ostrzegał, w przeciwieństwie do nas, że tyle trzeba czekać. A w ogóle, to ludzie, którzy przyszli po nas już wcinają swoje porcje padlinki. Obsługa jest oczywiście niewzruszona. Niebawem pierogi przynosi kolejna pani, a kotleta ciągle niet. W końcu w drzwiach staje inna pani (ta od kasy) i krzyczy w stronę konkubenta „kotlet drobiowy z frytkami”, kiedy ten podnosi rękę, że tu oto siedzi, pani z fochem informuje, że talerz jest przy kasie, a w lokalu obowiązuje samoobsługa.

Nosz…

 

Polska – Czechy 0:1

 

Babiszon
Czyta i pisze przez cały rok. Najczęściej dla własnej przyjemności. Choć z pisaniem różnie bywa, "czasami człowiek musi".
W zimie jeździ na nartach, w lecie nurkuje i zdobywa szczyty (bynajmniej nie lenistwa, choć też się zdarza), ostatnio zagląda górom "pod spódnice", bo została taternikiem jaskiniowym.
Czasem coś zorganizuje, a potem się zachowuje, jak dyktator, żeby plan wypalił. Innych dyktatorów nie lubi. Cóż.
Słomiany zapał do wszystkiego od zawsze.

2 Replies to “Obsługiwałem angielskiego króla”

  1. Prudencja Z. Niemiec says: Odpowiedz

    Buehehheheeee… A potem się dziwić, że ludzie wolą majówkę spędzać w Czechach niż w Polsce. Zresztą przykłady możnaby mnożyć. Polak, który ma dzieci i zwiedzi zoo w Ostravie – z całą pewnością wyjdzie ze stwierdzeniem w głowie: „To tak można???!!!” (relacja ceny do jakosci i bogactwa usług dla całej rodziny jest o niebo lepsza niż w przeciętnym, rodzimym ogrodzie zoologicznym). Albo rowerzysta, który pojeździ po czeskich drogach i z zadziwieniem spostrzeże, że przeciętny kierowca nie ma ochoty go przejechać lub chociaż strącić do rowu;)

  2. Czasami bywam na zorganizowanych wypadach z Żywca do ,,narodowego diwadla” w Ostrawie na spektakle operowe. Bariera językowa w operze nie gra roli 😉 Przejazd plus bilet wstępu gdzieś w cenie połowy biletu do opery wrocławskiej, a ,,zaoszczędzone” pieniążki można wydać na ucztę dla ciała (wszak dla ducha już była). Wchodząc do restauracji, nie czujemy się jak intruzi, choć wolą raczej korony tam, gdzie jadamy. Kuchnia czeska dobra, mimo że za knedliczkami nie przepadam, staram się lokalnych specjałów skosztować. W drodze powrotnej raczej nie zatrzymujemy się w polskich jadłodajniach, choć po drodze parę miejsc bym wskazała, gdzie można dobrze zjeść i czuć się dobrze obsłużonym. Cóż, lubię papu i z niejednej garkuchni już korzystałam. Mniam, mniam…

Dodaj komentarz