Opera (też) dla dzieci

W moim życiu z muzyką jest tak, że do zachwytu nad pewnymi jej formami muszę dorosnąć. Do opery wciąż w pełni nie dojrzałam i nie słucham jej pasjami, ale potrafi mnie wzruszyć i rozbawić do łez. Tego doświadczyłam choćby w miniony weekend, kiedy wybraliśmy się całą rodzinką na spektakl „W krainie Czarodziejskiego Fletu”.

Kwestia obycia

Do wyprawy przygotowywaliśmy się od dłuższego czasu. Wiedzieliśmy, że wrocławska opera prowadzi cykl przedstawień dla dzieci, ale nie byliśmy do końca przekonani, czy nasze maluchy (1,5 roku i 3-latek) dadzą się takimi spektaklami zaciekawić. Koniec końców postanowiliśmy zaryzykować, wychodząc z założenia, że 25 zł za bilet to nie jest majątek i jeśli dziatwa nie wykaże należytego szacunku dla sztuki przez wysokie Ce, tfu, eS – to po prostu opuścimy w pośpiechu progi tego przybytku, zaciągając na głowy kaptury i licząc, że nasze zdjęcia nie zostaną wciągnięte na Listę Gości Niemile Widzianych. Uznaliśmy po prostu, że skoro nasze dzieci mają szansę kosztować takich rozrywek, to powinniśmy im to umożliwiać. Do szpinaku też mieli przecież kilka podejść…;)

W niedzielny poranek przeżyliśmy pierwszy szok, gdy nasz Pierworodny sam, z własnej, nieprzymuszonej woli i intencji wyciągnął z komody muszkę i poprosił, by mu ją założyć. I tak potwierdziło nam się, że wychowywanie to w dużej mierze gadanie, gadanie i jeszcze raz gadanie. Od kilku tygodni tłumaczymy dzieciom, dlaczego w niektórych miejscach nie wypada pokazać się w dresiku i adidaskach. Niedzielna msza, urodziny Babci czy wizyta w teatrze to okazja, by swoim strojem wyrazić szacunek innym. Poczuć, że chwila, którą przeżywamy, jest wyjątkowa. Oczywiście na gadaniu kończyć się nie może, więc za pogadankami musi iść przykład. Kiedy więc Borys zobaczył Matkę w szpilkach, a Ojca w pełnym garniturze, wiedział, że wyprawa do opery to dla nas pewnego rodzaju święto. I być może to ostatecznie przekonało go do założenia znienawidzonej muchy.

Czas, czas, czas – czas nie goni nas

Drugi szok przeżyliśmy po spektaklu, gdy dotarło do nas, że nasza progenitura wysiedziała na miejscu 100 minut. STO MINUT, czyli ponad półtorej godziny! Nadia co prawda na kwadrans przed końcem spektaklu opuściła matczyne kolana, ale spowodowane to było głównie tym, że chciała podejść bliżej barierek, by lepiej przyjrzeć się muzykom (siedzieliśmy na pierwszym balkonie, na wprost sceny, świetne miejsca, polecam). Trzeba zaznaczyć, że zarówno Borys, jak i Nadia są oswajani z kulturą na różne sposoby: bywają z nami dość często na różnych wydarzeniach muzycznych, zaliczyli Teatr Lalek i spektakl dla najnajów, regularnie chodzą do biblioteki na teatrzyki, a niedawno nasz Pierworodny po raz pierwszy był w kinie (z przedszkolem, które, nawiasem mówiąc, często organizuje maluchom zajęcia pozwalające na obcowanie ze sztuką). Nasza wyprawa nie była więc dla nich totalną nowością, ale po raz pierwszy uczestniczyli w tak długim spektaklu. Przyjmuje się, że takie dzieci raczej nie potrafią skupić uwagi na występach dłuższych niż 30 minut. W repertuarze wrocławskiej opery można znaleźć jednak krótsze przedstawienia. My wybraliśmy się na „czarodziejski flet”, bo z Najlepszym z Mężów mamy słabość do Mozarta. I Amadeusz jak zwykle nas nie zawiódł:) Dzieciaki słuchały jak zaczarowane:)

Bez kiczu językiem współczesnym

Przedstawienie „W krainie Czarodziejskiego fletu” to barwna opowieść o miłości, odwadze, wysiłku i o tym, że nie można ludzi ani świata osądzać po pozorach. Spektakl jest bardzo dynamiczny, a jednocześnie w swojej formie i treści skondensowany. Jego głównym narratorem jest Papageno, który w rozmowie z dyrygentem tłumaczy widzom, czego mogą się spodziewać. Sama słuchałam jak urzeczona, kiedy wyjaśniał, co muzyka wyraża w danym fragmencie arii.

Publiczność ma w ten sposób okazję zapoznać się z librettem, zrozumieć, czym jest i czym może być opera, popodziwiać kunszt tych wszystkich osób, które nad każdym pojedynczym przedstawieniem pracują (orkiestry, operatorów multimediów, kostiumologów itd.). Aktorzy i muzycy pozwalają widzom doświadczyć wszystkiego, za co operę kochają jej wielbiciele. Cała technologia i talenty zostają zaprzęgnięte, by publiczność wzruszyć, zachwycić i rozbawić. Jest piękny śpiew, cudowna, grana na żywo muzyka, sugestywna scenografia, w której dość istotną rolę odgrywają multimedia i zabawa światłem, fantastyczne kostiumy i nieustający dialog ze słuchaczami. A jeśli dziecko miałoby się zacząć nudzić, to program został tak zaprojektowany, by zdesperowany rodzic mógł go maluchowi podsunąć i odwrócić jego uwagę od mękolenia.

Na Borysie największe wrażenie zrobiła Królowa Nocy. Rzeczywiście, zarówno jej kostium, jak i fenomenalnie zaśpiewana partia (najsłynniejsza chyba aria z tej opery) robiły wrażenie. Podobały mu się też występy dzieci, które nie tylko ślicznie śpiewały, ale i … jeździły po scenie na hulajnogach. Twórcy spektaklu bawią się bowiem różnymi konwencjami i nie boją się sięgać po współczesne rekwizyty. Całość nie kłania się jednak wiernopoddańczo pop-artowi i pozostaje spójną opowieścią z gatunku muzyki poważnej, która od swoich widzów wymaga pielęgnowania specyficznej wrażliwości.

Krótko mówiąc, podobało nam się i za miesiąc wybieramy się znów:)

Prudencja
W życiu i słowie ceni rozwagę, odpowiedzialność i konsekwencję. I poczucie humoru, choć talentu do opowiadania dowcipów Pan Bóg jej bardzo poskąpił. Gdyby tylko niemiecki nie ranił tak jej uszu, chętnie pomieszkiwałaby za zachodnią granicą. Ale tylko od czasu do czasu - bo z natury jest domatorką, która uwielbia polskie krajobrazy, historię i kulturę. Szczęśliwa żona, początkująca matka, spełniona kobieta (kolejność nieprzypadkowa).

Dodaj komentarz