Ostatni seans filmowy

Co by było, gdybyśmy zostali zredukowani do swoich natręctw, świrów, przyzwyczajeń, kłopotliwych i (często) wstydliwych zachowań? Jaki byłby film o nas? Zostałyby fizjologia i szaleństwo?

Czy naprawdę jesteśmy tylko tym, co można zobaczyć i usłyszeć?

„Ostatnia rodzina” to świetnie zrobiony film, fascynująco zagrany, drobiazgowo odtworzony, ze wspaniałymi  efektami specjalnymi. Momentami szczerze zabawny. Ale to, co mnie bolało w znanej książce, uwiera mnie chyba także i tu.

Senior natrętnie utrwalał swoją codzienność w obrazach, a junior obnażał się duchowo przed zafascynowanymi słuchaczami. Lecz czy z tego, że przez całą dobę ktoś przystawia nam do twarzy oko kamery i mikrofon, wynika, iż jesteśmy tacy, jak to zostało zarejestrowane? Dla mnie nie, człowiek jest tajemnicą. Człowiek jest wielowymiarowy i co najmniej jeden z tych wymiarów wymyka się wszystkim, nawet najbardziej drobiazgowym obserwacjom i narzędziom. A bohaterowie tego filmu w mojej optyce zostali boleśnie sformatowani do jednego wymiaru, może dwóch.

Skąd się wzięło malarstwo seniora? Z traumy, z nieujawnionych frustracji seksualnych, z innych powodów? A kongenialne przekłady Pythonów juniora? O czymś to świadczy, czy jest tylko jakimś odpryskiem działalności świra (ani w książce, ani w filmie nie poświęcono im zresztą specjalnej uwagi)? Film poddaje pod rozwagę pewne tropy, ale jako odbiorca tej historii chciałabym, żeby ktoś chociaż spróbował pogrzebać w twórczości bohaterów, zamiast podpowiadać mi do ucha łatwe rozwiązania, pierwsze skojarzenia, zapraszając do przyklejania łatek.

Ach, a jest przecież jeszcze miłość w całej swojej złożoności. Wyidealizowana, dzika, romantyczna i perwersyjna jednocześnie. Wszechogarniająca. Niemożliwa. Może przez jej pryzmat inaczej wyglądają nasze urojenia, nerwice, nawyki? W filmie została streszczona do dwóch czy trzech partnerek i oczekiwania na jedną z nich 11 lat, do nieudacznictwa w każdej dziedzinie, w łóżku także.

Wychodziliśmy z sali kinowej w kompletnej ciszy. Niektóry, wydaje mi się, autentycznie smutni. Szkoda, że w kulturze obrazkowej, w jakiej żyjemy, obrazy z filmu przyklejają się nam do mózgu jak guma do żucia i sprawiają, że gdzieś gubią nam się prawdziwi ludzie w swojej złożoności. Zostają tylko (mistrzowsko zagrane – to trzeba przyznać) kreacje.

Kiedy dowiedziałam się o tragicznej śmierci seniora, przeżyłam pewien wstrząs. Strzępki strzępków, jakie wtedy znałam, układały się w jakąś ponurą, dojmującą, potwornie fascynującą całość. W filmie miałam wstydliwe wrażenie, że trochę mu się należało… I może to mnie boli.

Dobrze, że zostało po nich też to, co nie da się łatwo nazwać.

https://www.youtube.com/watch?v=_qS_FWhuOlo

Fot. www.muzeum.sanok.pl

 

fro
hasło przewodnie: rudy to nie kolor, rudy to charakter;
uwielbia: czytać, pisać, śpiewać, tańczyć i łazić po górach - jak to nastolatka ;)
chciałaby: umieć rysować i grać na gitarze;
ludzie: są dla niej niewyczerpanym źródłem inspiracji

2 Replies to “Ostatni seans filmowy”

  1. Film mi się bardzo podobał, nie traktowałam go jednak jako film biograficzny, raczej bliższa mi jest ta interpretacja, że ,, „Ostatnia rodzina” to przede wszystkim pocztówka ze świata, którego już nie ma. Świata ciasnych, dusznych mieszkań z przeszklonymi drzwiami i półkami uginającymi się pod ciężarem płyt i kaset. Świata bardziej elektrycznego niż elektronicznego. Świata, gdzie pasja współistniała i toczyła nieustanny bój z demonami, którym i tak w końcu musiała ustąpić”.

  2. Hm… Może o tak, ale wtedy nie musi to być film o Beksińskich. Może być spokojnie Kowalskich, którzy w 1977 roku przyjechali z tzw. prowincji do stolicy…

Dodaj komentarz