Planeta singli

Filmy oglądam bardzo rzadko. Telewizji programowo w ogóle. Cyfrowy świat mnie jakoś szczególnie nie pociąga, po prostu. Od czasu do czasu lubię jednak pójść z Najlepszym z Mężów do kina. Widzem jestem przy tym na swój sposób wybrednym. W filmach szukam łagodnych obrazów, pogodnych historii i radości. Jeśli macie podobne podejście, to „Planeta singli” Wam się spodoba.

Tytuł

W piątkowy wieczór czekała mnie przemiła niespodzianka. Do drzwi zadzwoniła Babcia, która wielkodusznie postanowiła zażyć skondensowanej dawki wnuków i przejęła kontrolę nad dziatwą, a nas wygoniła z domu. I tak trafiliśmy do kina na premierę „Planety Singli”. Szczerze mówiąc, przeglądając repertuar, ten tytuł w pierwszym momencie mnie odrzucił. Skojarzył mi się z niezbyt optymistycznymi rozważaniami na temat kondycji współczesnego społeczeństwa, samotności konsumentów codzienności i banalizacji kultury wyższej, o których czytałam jakiś czas temu w „Socjologii zmian społecznych” Piotra Sztompki i w „Kulturze w płynnej nowoczesności” Zygmunta Baumana. Ale potem zobaczyłam zwiastun i stwierdziłam, że powinno być dobrze.

Zagraniczny wkład

No i się nie pomyliłam. Była to jedna z najsympatyczniejszych komedii, jakie w ostatnich latach miałam przyjemność oglądać. Lekka, ale nie infantylna, momentami wzruszająca, ale nie sentymentalna, dająca do myślenia, ale nie moralizatorska. Teksty są żywe, postaci, choć przecież dość szablonowe, to bardzo dobrze zagrane, a to, co jaskrawe i przerysowane śmieszy, a nie żenuje. Ciągle się zastanawiam, czy siłą tego filmu nie jest to, że wyreżyserował go 35-letni (sic!) Słoweniec, a nie Polak. Być może właśnie to, że Mitja Okorn ma dystans do naszej polskiej „szkoły” filmowej i do naszego podwórka, że nie ma kompleksów i pretensji do tworzenia kina na miarę Oscara, pozwala mu nie popadać w żadną skrajność i tworzyć takie filmy, które odpowiadają szerokiej publiczności. Wszak to on wyreżyserował najlepszą, jak dotąd, polską komedię romantyczną: „Listy do M.”. Zresztą coś w tym wkładzie zagranicznym musi być, bo w pracę nad scenariuszem „Planety singli” byli zaangażowani także inni obcokrajowcy (Peter Pasyk, Sam Akina, Jules Jones). „Listów do M. 2”, których Okorn nie reżyserował, jeszcze nie widziałam, więc z oceną tego wpływu się wstrzymam.

Dobre aktorstwo jest wtedy, gdy go nie widać

– jak mawiał Zygmunt Kałużyński. Głównym wątkiem filmu jest relacja wrażliwej, choć nie pozbawionej autoironii i zdecydowania Ani (w tej roli Agnieszka Więdłocha) z Tomkiem (granym przez Macieja Stuhra), który jest telewizyjnym celebrytą. Prowadzi on własne, mocno seksistowskie show i kobiety traktuje instrumentalnie. Splot okoliczności sprawia, że zaczną razem pracować i dzięki temu lepiej się poznawać. Tak, tak. Brzmi to tendencyjnie i w sumie takie jest, ale aktorzy wlali w te postaci naprawdę wiele naturalności, dlatego nie zdziwię się, jak w tym roku na wiosnę wybuchnie moda na noszenie się na „nauczycielkę muzyki”;) A pijany Maciej Stuhr sprawił, że bolała mnie głowa.

Jednak to nie główni aktorzy mnie zachwycili. Fantastyczną kreację stworzył Piotr Głowacki (jako Marcel, przyjaciel Tomka), a Weronika Książkiewicz wydaje się stworzona do roli chimerycznej „psycholożki włosów”. Fenomenem były dla mnie także Danuta Stenka i Ewa Błaszczyk, które miały w filmie może 5 kwestii, a zagrały tak sugestywnie i z gracją, że nie mogłam wyrzucić ich obrazu sprzed oczu.  Wszyscy bohaterowie „Planety singli” mają swoje życiowe problemy i konflikty wewnętrzne. Nie jakieś wyjątkowo dramatyczne, ale takie, którego mogą dotknąć każdego Kowalskiego. Być może dlatego tak dobrze się na nich wszystkich patrzy.

Wszyscy kochamy bajki

„Planeta singli” to w sumie poważna obserwacja współczesnych relacji międzyludzkich, opowiedziana w zabawny i pogodny sposób. Jej twórcy odwołali się do tego podstawowego pragnienia, które drzemie w każdym człowieku: chcemy, by dobro i miłość zwyciężały. Idąc na ten film wiemy, że bohaterowie koniec końców się pokochają. Doprowadzi ich do tego jednak wyboista droga, w której, jak w każdej podróży, warto mieć oczy i uszy szeroko otwarte.  Tak, żeby nie umknęły nam żadne detale. Bo to jest właśnie taki film – bajka. A zadaniem bajek jest poruszać wyobraźnię, odwoływać się do ludzkiej wrażliwości i w ten sposób kształtować postawy.

Prudencja
W życiu i słowie ceni rozwagę, odpowiedzialność i konsekwencję. I poczucie humoru, choć talentu do opowiadania dowcipów Pan Bóg jej bardzo poskąpił. Gdyby tylko niemiecki nie ranił tak jej uszu, chętnie pomieszkiwałaby za zachodnią granicą. Ale tylko od czasu do czasu - bo z natury jest domatorką, która uwielbia polskie krajobrazy, historię i kulturę. Szczęśliwa żona, początkująca matka, spełniona kobieta (kolejność nieprzypadkowa).

4 Replies to “Planeta singli”

  1. A co na to Najlepszy z Mężów?
    Bo mój nie-mąż wołami nie dałby się zatargać na nic podobnego 😛 Jeśli już MUSZĘ zobaczyć komedyjkę romantyczną to szukamy takiego kina, w którym o podobnej porze dają strzelaninę i kosmitów w wersji hard. Każde idzie do swojej sali, po czym (zwykle) każde twierdzi, że miało bardzo udany wieczór. 😀

    1. Prudencja Z. Niemiec says: Odpowiedz

      Hehe:) Na szczęście mamy z Najlepszym z Mężów zbliżone poczucie estetyki;) Jedynie jakieś „ściganki” mogłyby go sprowadzić na manowce…

  2. Hm… Poszłam z matką ukochaną na „Planetę”, gdyż sobie życzyła, a ja jestem kochającą córką. Po 10 minutach chciałam wyjść, ale miłość do matki mi nie pozwoliła. Po 30 minutach byłam wściekła, bezczelnie pisałam SMS-y w trakcie projekcji, liczyłam minuty do końca i rozglądałam po sali, z czego ci ludzie się śmieją. Dotrwałam do końca, ale z ulgą opuściłam progi kina. Było mi wstyd, że Maciej Stuhr występuje w takich filmach. I jedyne, co mi się podobało, to sukienki i inne stroje Agnieszki Więdłochy. Ukochana matka je skrytykowała…

    1. Ot proszę – de gustibus…
      To wiecie co – ja dla równowagi „Planetę singli” pozostawię w worku „nie muszę tego oglądać”. Bo skoro do tej pory nie widziałam, to znaczy, że widzieć chyba nie muszę

Dodaj komentarz