Romanse historyczne. Czy to wstyd się przyznać do lektury?

menhir

Gdy byłam piękna i młoda. Ekhm, tak, gdy byłam młodą studentką polonistyki i innych takich, czytałam rok rocznie jakieś 100 lektur od takich rozmiaru Biblii (całej!), przez Kubusia Fatalistę po jakieś wiersze Morsztyna. Egzamin z tego był ciężki i kamień każdemu spadał z serca, kto tylko czarno na białym w indeksie miał 3 i więcej. Czytanie ze zrozumieniem, łączenie wątków i latanie po epokach się opłacało!

Żeby jakoś odreagować, szłam na początku wakacji do mojej ciotki, brałam kilkanaście lekkich, oprawionych w kolorowy kartonik książek. I czytałam 🙂 tyle że były to całkowicie resetujące mózgownicę romanse, które pochłaniałam w liczbie co najmniej 1 dziennie. Po tygodniu książki wracały na swoje miejsce, a ja z pustą głową mogłam zaczynać wakacje.

Studia się skończyły, skończyły się i te lekkie lektury. Nooo prawie… Bo praca w wydawnictwie (choćby i mocno branżowym) miała te zalety, że drukarnie podsyłały próbki opraw, papierów, uszlachetnień – w postaci książek. Najwięcej było tam kryminałów, ale wiadomo, inne też się zdarzały. Niestety do polskiej prozy pań Grocholi czy Szwai dość szybko się zniechęciłam. I wracałam do sprawdzonych romansideł historycznych?

Romans historyczny, czyli co?

Infantylna opowieść z serii „kocham cię!” – no nie tylko. Przy okazji kawałek „łatwoprzyswajalnej” wiedzy historycznej. Uwierzcie, te książki bywają bardzo dobrze udokumentowane, a autorzy autorki wkładają naprawdę dużo wysiłku w to, by opowiedziana historia, choćby najbardziej fantastyczna, jak najlepiej oddawała ducha czasów, w których została osadzona. Kiedyś nawet czytałam jedną taką książkę, w której autorka wyznała, że ma tak wymagające czytelniczki, że nie może sobie pozwolić na buble. Kiedyś wytknęły jej, że główna bohaterka posługiwała się nożyczkami, które w rzeczywistości w takim kształcie, jak znamy je obecnie zostały „wymyślone” później, niż akcja powieści. Tego typu błędy zresztą wytyka się autorom różnych bardziej i mniej historycznych powieści.

Nawet jeśli romanse historyczne nie przedstawiają akcji w 100% zgodnie z historią, mogą rozbudzić chęć poznania opisywanych czasów i miejsc. A stąd już prosta droga do odkrywania historii, tej prawdziwej. Szkoda tylko, że nigdy nie natknęłam się na naprawdę dobry romans historyczny osadzony w polskich realiach. A może czegoś nie wiem? Znacie? Podrzućcie tytuł / autora.

Oczywiście jest dużo cukru w lukrze, bo te książki zwykle kończą się happy endem niezależnie od tego, ile musieli wycierpieć bohaterowie, jak bardzo nienawidziły się ich rody oraz jaką konkurencję musieli pokonać. Nie zapominajmy też o wątkach seksualnych, bo tymi romanse historyczne aż kipią. Niestety dla nas, polszczyzna jest w język miłości uboga i to bardzo. Lepiej sobie radzi z językiem wojny

Język miłości

Tu się odwołam do swych studiów. Jerozolima wyzwolona pióra Torquato Tasso jest eposem rycerskim z czasów wypraw krzyżowych. Polski przekład Piotra Kochanowskiego uchodzi za lepszy niż oryginał, przez to, że są tam dziesiątki nazw uzbrojenia wszelakiego, walk i wszystkiego, co wiąże się z wojnami i przemocą. Toczyliśmy tyle wojen, potyczek i bitew, że język na wszystko znalazł odpowiednią nazwę.

A miłość? No cóż w czasach wojny ciężko ją znaleźć, może stąd ubogość terminów. Językoznawcy często podkreślają – o miłości, szczególnie cielesnej, w polszczyźnie mówimy albo wulgarnie, albo medycznie. Czasem zdarza się infantylnie.

Dla tłumaczy to pewnie ciężki orzech do zgryzienia, dla czytelników raczej powód do podśmiewania się z niezręczności. Ale jak to ugryźć, żeby było nieśmiesznie? Szczególnie, że romanse są wydawane przez wydawnictwa – bez urazy! – które zapewne w proces wydawniczy nie włączają sztabu językowych wirtuozów: ot tłumacz, może korektor i koniec. Szkoda.

Comming out czytelniczy

No to teraz warto się przyznać, skąd ten wpis. Ano stąd, że po wielu, wielu latach odwyku, powróciłam do nałogu romansowego 😉 Winna temu jest po części Tess Gerritsen, której thrillery medyczne bardzo lubię, ostatnio zaś były w dobrej cenie, więc kupiłam kilko, jako lekturę „plażową”. Nie wiedziałam jednak, że pisała ona kiedyś dla Harlequina – książki, które można uznać za romanso-thrillery. Na plażę były jak znalazł. A romans historyczny? Żeby było ciekawiej come back nastąpił za sprawą nie książki, lecz… serialu. Ale nakręconego na podstawie książki 🙂

Mowa o Outlander (książka nosi polski tytuł Obca). Odkryłam go przypadkiem w przepaściach ulubionego Netfliksa w jakiś jesienno-bury weekend. Odkryłam i… wpadłam po uszy. Do tego stopnia, że potrafiłam obejrzeć ze 3 odcinki naraz (a są to odcinki godzinne!). No i kupiłam sobie książkę, żeby sprawdzić, jak się potoczą losy kobiety, która z połowy XX w. przenosi się w czasy XVIII-wiecznych walk o powrót Stuartów na brytyjski tron.

Przy okazji uznałam, że to dobry powód, żeby sobie co nieco poczytać o szkockiej historii 🙂

 

Babiszon
Czyta i pisze przez cały rok. Najczęściej dla własnej przyjemności. Choć z pisaniem różnie bywa, "czasami człowiek musi".
W zimie jeździ na nartach, w lecie nurkuje i zdobywa szczyty (bynajmniej nie lenistwa, choć też się zdarza), ostatnio zagląda górom "pod spódnice", bo została taternikiem jaskiniowym.
Czasem coś zorganizuje, a potem się zachowuje, jak dyktator, żeby plan wypalił. Innych dyktatorów nie lubi. Cóż.
Słomiany zapał do wszystkiego od zawsze.

2 Replies to “Romanse historyczne. Czy to wstyd się przyznać do lektury?”

  1. No cóż, dla mnie do dziś najskuteczniejszą metodą odmóżdżania pozostają romanse historyczne 😉 Co ciekawe, tylko ten gatunek, bo jakoś „współczesnych harlequinów” nie potrafię przejść. Może to jakaś tęsknota za etosem rycerskim i światem pruderii? 😉 Ale, ale, ja nie o tym. Dobrego romansu historycznego osadzonego w polskich realiach nie znam (nie licząc „Trylogii” Sienkiewicza ;)). Niemniej kilka lat temu czytałam bardzo ciekawą książkę, w której bohaterka, zirytowana tym, że narzeczony nie pojawił się przed ołtarzem, a poszedł za Piłsudskim, postanawia odnaleźć go osobiście i …. wymierzyć kobiecą sprawiedliwość. Opowieść jest barwna, z humorem i w bardzo fabularny sposób przedstawia historię i obyczajowość Polski. „Małgorzata idzie na wojnę” Wojciecha Lubawskiego i Tomasza Natkańca, jakbyś była zainteresowana 🙂

  2. Piłsudski powiadasz, hmm hmm… lubię tego Dziadka 😀

Dodaj komentarz