Serie książek dla dwulatka

Miłość do seri(al)i rozpoczyna się już we wczesnym dzieciństwie. Borys jest tego najlepszym przykładem. Jako bywalec biblioteki często sam sobie wybiera lektury do czytania. Ostatnio jednak zauważyłam, że sięga głównie po „sprawdzone tytuły”, czyli takie, których okładkę, czcionkę i bohaterów kojarzy. Oto nasza aktualna top lista:

1. Książeczki obrazkowe – większość z tych najpopularniejszych to już całe serie – wystarczy tu spojrzeć choćby na najbardziej rozpoznawalny cykl autorstwa Państwa Mizielińskich („Mamoko”, „Dawno temu w Mamoko”, „Mam oko na liczby” itd.). U nas aktualnie szał na mamokowe postaci minął, ale pojawiły się inne pozycje. 20160420_100206Mnóstwo czasu spędzamy np. na „Ulicy Czereśniowej”. W tej wydanej przez Wydawnictwo Dwie Siostry serii możemy śledzić bohaterów pewnego bardzo przeciętnego miasteczka. Ilustracje Rotraut Susanne Berner są bardzo pogodne i zwyczajne, a możliwość nazywania rzeczy i zachowań podobnych do tych, z którymi nasze dzieci spotykają się na co dzień, sprawia, że maluchy czują się w tej książce po prostu zadomowione. Borys może naprawdę godzinami śledzić, co robi Hanna i Zenon albo kotka Ryska wiosną, latem, jesienią czy zimą. Aktualnie polujemy na „Ulicę Czereśniową nocą”;) A! W serii książek obrazkowych nowością jest u nas cykl „Opowiem ci mamo, co robią…”. Z tym, że tutaj uwaga naszych dzieci jest zależna od tematu, któremu są poświęcone poszczególne książki (np. ta o autach zrobiła furorę, ale żaby mijaliśmy szerokim łukiem).

2. Przygody Elmera (teksty i ilustracje: David McKee, Wydawnictwo Publicat). 20160420_095731 20160420_095757Elmer to słoń w kratkę. Mieszka sobie w dżungli i jest niezwykle rezolutnym i uprzejmym młodym słoniem. Dla młodego czytelnika jest doskonałym przewodnikiem po takich postawach jak empatia, szacunek i otwartość na innego. Jego przygody naprawdę Borysa poruszają. Za każdym razem, gdy czytamy o tym, że małe słoniątko zgubiło swojego misia, Pierworodny ma współczucie w oczach, a potem, na końcu książki z nieukrywaną radością krzyczy „Jeeest! Znaaaalazł się!”  🙂

3. Książeczki z serii „Mały chłopiec” i „Mała dziewczynka” (Wydawnictwo Olesiejuk). 20160420_102251Te małe, kartonowe książeczki to jedne z tych, przy których zupełnie nie rozumiem, co się w nich dzieciom podoba. Ilustracje toporne i jakieś takie ciemne, a teksty są tak tendencyjne i tak potwornie zrymowane, że od ich czytania bolą zęby, głowa i żołądek. 20160420_102312No, ale dzieciom się podoba.  I format, i treść, i wykonanie. „Rakietę Tomka” chętnie bym wypuściła w kosmos, ale póki co, Borys każdego ranka odlicza na nocniku: „Tsssyyy… dwaaaaa…. jeeeeedeen! Stalt!!!”. I nie chcę nawet myśleć, co będzie, jak Nadia zażyczy sobie „Zuzię, która bawi się w baletnicę”, bowiem po „Loli, która gotuje dla lalek” czuję, że jednak w pewnych aspektach byłabym w stanie zrozumieć zagorzałe feministki…

4. Przygody Franklina (teksty Paulette Bourgeois, ilustracje Brenda Clark, Wydawnictwo Debit). 20160420_102110Franklin to mały żółw, który w swoich przygodach przeżywa mnóstwo lęków i emocji, z jakimi muszą się oswoić najmłodsi. Bywa radosny, zaintrygowany, marudny, zły, zazdrosny, rozżalony. 20160420_102140Opowiadania są krótkie, a ich głównym atutem jest to, że w nienachalny sposób uczą postaw prospołecznych i wartościowych wzorów zachowań. Ich bohater nie jest wyidealizowany, wręcz przeciwnie – potrafi kaprysić, obrażać się i gniewać. Dzięki temu dzieci szybko się z nim utożsamiają:) Z tego, co widzę po swoich chrześniakach – książeczki z tej serii sprawdzają się zarówno w przypadku dwulatka, jak i przedszkolaka.

5. Na koniec zostawiłam naszą niekwestionowaną królową.  Oto i ona: Kicia Kocia (uwaga! uwaga! tekst i ilustracje: Anita Głowińska, Wydawnictwo Media Rodzina – mamy więc i na rodzimym podwórku coś, co dzieciaki może przykuć do fotela na dłuższe chwile). 20160420_101637Bohaterką tej serii książeczek jest rezolutna kotka o oczach, które niektórym przypominają błędne spojrzenie po badaniu dna oka… W cieniutkich książeczkach (które bez problemu można wrzucić w większej ilości do torebki wybierając się z dzieckiem do lekarza) stawia ona czoła rozmaitym, życiowym sytuacjom i  podobnie jak Franklin jest w nich bardzo „dziecięca”. Cieszy się, ciekawi światem, boi, złości itd. Nie wiem dokładnie, co stanowi o jej sile rażenia – czy bardzo konkretne, krótkie zdania (pisane – o zgrozo! – Comic Sansem), czy sugestywne, rysowane grubą kreską ilustracje. 20160420_101657 20160420_101721Nie ulega jednak wątpliwości, że dla Borysa Kicia Kocia stała się zasadniczym punktem odniesienia i prawdziwą przewodniczką w meandrach zachowań społecznych. Dzięki niej nauczyliśmy się, że jak się mówi „Dzień dobry”, to ludzie się uśmiechają i że lekarza nie trzeba się bać. Aktualnie próbuję wykorzystać „Kicie kocię”, by przekonać syna, że mówienie „NIIEEEEEEEEEE!” może się czasami źle skończyć…;)

W każdym razie Kicię Kocię czytamy po trylion razy dziennie. Na moje szczęście w serii książeczek jest sporo, więc jak już nie mogę patrzeć na „Kicię kocię na basenie”, to po prostu na kilka dni kładę ją na półkę poza zasięgiem Borysa. I mogę się tylko cieszyć, że (jeszcze?) nie stała się produktem marketingowym, który będzie wychylał się z każdego ciastka, soczku, wieszaka z ubraniami i półki z pościelą dla dzieci.

Prudencja
W życiu i słowie ceni rozwagę, odpowiedzialność i konsekwencję. I poczucie humoru, choć talentu do opowiadania dowcipów Pan Bóg jej bardzo poskąpił. Gdyby tylko niemiecki nie ranił tak jej uszu, chętnie pomieszkiwałaby za zachodnią granicą. Ale tylko od czasu do czasu - bo z natury jest domatorką, która uwielbia polskie krajobrazy, historię i kulturę. Szczęśliwa żona, początkująca matka, spełniona kobieta (kolejność nieprzypadkowa).

3 Replies to “Serie książek dla dwulatka”

  1. Wiele rzeczy jestem w stanie zrozumieć. Oprócz katowania dzieci fontem Comic Sans (patrz „Mały chłopiec” i „Kicia Kocia”) – potem dzieci dorastają i wydaje im się, że CS jest fajny.
    A nie jest: http://antyweb.pl/najbardziej-znienawidzona-czcionka-swiata/

    1. Hmmmm…. no ale przecież skoro ten font był tworzony z myślą o dzieciach, to może nie ma się o co pieklić, co? To chyba trochę, jak z tymi zabawkami dla dzieci – rodzic się stara, wybiera, namyśla się, co by tu hiper estetycznego i edukacyjnego dziecku kupić, a potem maluch idzie do sklepu i i tak mu się oczy zaświecą na jakieś jazgocząco-błyszczące chińskie badziewie;) Ja sama przyznaję, że nie do końca rozumiem „nienawiść” do CS. Owszem, książka dla dorosłych wydrukowana w takim foncie byłaby z pewnością niezjadliwa, ale przy takich małych ilościach tekstu, jak w serii „Mały chłopiec” czy „Kicia kocia”, to mnie osobiście aż tak bardzo nie boli. Bardziej drażni mnie niestosowanie polskich zasad interpunkcji;)

  2. No dobra, to jeszcze jeden link. Co prawda piszą w niej o czcionce nie o foncie, ale powiedzmy, że możemy to wybaczyć 😉
    http://taat.pl/artykuly/comic_sans/
    Chodzi o to, że jest ten CS źle zaprojektowany. Oczywiście to się może podobać, ale łamie przyjęte zasady bez żadnego sensu. To tak jak pokazywane kiedyś przeze mnie muzeum Piłsudskiego – zaprojektowane trochę jakby przypadkiem, niektórym będzie się podobać, inni – bardziej wyczuleni na wszelkie odchyły od harmonii – padną i będą walić głową w podłogę 😉

    W książeczkach typu jazgocząco-błyszczące badziewie (czemuż one istnieją?!) spoko – skoro ktoś się chce męczyć, niech się męczy. Ale w takich dobrze wydanych????
    Mamy fajne obrazki (dziecko to widzi), fajną treść (słyszy), beznadziejny krój tekstu (widzi) i beznadziejną interpunkcję (rodzic zgrzyta zębami, ale dziecko tego nie zauważa).

Dodaj komentarz