Siła kobiet

Tegoroczny Dzień Kobiet minął Pru bardzo koncertowo. Nie, nie. Wcale nie manifestowała, skandując wolnościowe hasła w rytm plemiennych tam-tamów, które dudnią obecnie jak Polska długa i szeroka. Niemniej przytupywała sobie w takt nośnych refrenów o feministycznej wymowie. Tak. Wieczorową porą we wrocławskim Imparcie zabrzmiało kilka utworów, które zagorzałe feministki mogłyby ze spokojem nieść na ustach.

Za – a nawet przeciw

Pru feministką się nie czuje, ale ślepa nie jest i widzi, że kobiety nie są traktowane sprawiedliwie. Celowo nie piszę „równo”, bo osobiście uważam, że równo to chciała wszystkich traktować komuna, a my nie jesteśmy i nie będziemy nigdy całkowicie równi. I póki to kobiety będą rodzić kolejnych obywateli w społeczeństwie, to nie można ich traktować tak samo jak mężczyzn (o czym w naukach społecznych dudni się od lat, analizując tzw. gender pay gap). A to nie jedyny powód!

Chcę więc  zaakcentować, że moim zdaniem płeć jest skarbem i to, że się różnimy, jest dobre i naturalne. Boli mnie tylko, gdy te różnice sprowadzają się do szans i warunków, jakie stwarza społeczeństwo i polityka swoim obywatelom. Gdy kobiety się lekceważy, nie szanuje i wpycha w schematy napisane przez mężczyzn.

Dlatego chociaż feministką się nie czuję, staram się wspierać te akcje, w których głos kobiet jest wyważony, rzeczowy i koncyliacyjny. Dziewczyny z Girls on Fire zaintrygowały mnie, podkreślając w swoich wypowiedziach, że ich debiutancka płyta nie jest głosem sprzeciwu, ale „w sprawie”. A że na dodatek kobitki są zaradne i odważne, bo swój pierwszy krążek wydają własnymi siłami, poczułam, że chcę posłuchać, co mają do powiedzenia.

Hymn

Zaczęły mocnym uderzeniem – od utworu promującego płytę, który został uznany za hymn ogólnopolskiego strajku kobiet i podobno rozbrzmiewał z głośników na manifestacjach. Słuchając „Siły kobiet”, wcale się nie dziwię. Jest dobitny, zagrzewający do boju i kanalizujący emocje. A te ostatnie buzują obecnie jak w garze wrzącego oleju. Patrzyłam na panie zebrane w Imparcie i widziałam, że wiele z nich, niezależnie od wieku i przekonań (zbieranina była naprawdę barwna) potrafiło się z nim zidentyfikować. Myślę, że już samo to jest sukcesem wrocławskiego trio.

Kobiecy punkt widzenia

Koncert podzielony był na dwie części i można powiedzieć, że stanowił pewnego rodzaju spektakl, w którym muzykę uzupełniały świetne kostiumy, wizualizacje i choreografia.

W pierwszej części mogliśmy usłyszeć energetyczną, barwną i bardzo dynamiczną opowieść o kobiecym spojrzeniu na siebie, swoje pragnienia i relacje. Nie była to może stylistyka, która mnie zachwyca i zwala z nóg, ale razem z publicznością bez większego oporu dałam się porwać do klaskania, śpiewania i podrygiwania w rytm zasłyszanych dźwięków. Ba! Zaskoczyłam się niepomiernie, że energetyczny kawałek „Lazybones” to autorska kompozycja G.o.F. (kiedy słuchałam tego na youtube, brzmiało mi to tak hamerykańsko, że byłam pewna, że to kolejny cover jakiegoś hitu rodem z vevo;)).

 

Czepiając się, zwróciłabym uwagę, że momentami trudno było zrozumieć, o czym dokładnie dziewczyny śpiewają, tudzież – co próbują wykrzyczeć do megafonu – ale nie da się ukryć, że ich głosy naprawdę kapitalnie współbrzmią. Tym bardziej podobały mi się te fragmenty, kiedy śpiewały solo dłuższe frazy, dzięki czemu można było przypisać poszczególne barwy głosów do twarzy.

Przy sentymentalnej naturze Pru nie trudno się domyślić, że w tej części najbardziej podobała mi się piosenka „Poście-love” (choć tytuł, moim zdaniem, niezbyt trafiony do wysmakowanego tekstu i dojrzałej aranżacji, ale to się znowu czepiam, rzecz jasna;)). Świetna kompozycja z tęsknym przekazem i zacną solówką Michała Wilczyńskiego na gitarze od pierwszych taktów skojarzyła mi się ze starą, dobrą Sade – królową intymności i mistrzynią tworzenia kameralnych przestrzeni w sercach słuchaczy. Zresztą bujający „Virtual heroes” też mi tę stylistykę przywiódł na myśl. Girls on Fire naprawdę świetnie brzmią w tym klimacie.

W sprawie

Patrząc całościowo, znacznie bardziej podobała mi się druga część koncertu, w której dziewczyny podjęły tematy bolączek współczesnego człowieka.

Pod względem muzyki było tam też więcej ukłonów w stronę Jamiroquai czy Polucjantów. Na przykład kapitalna, pozostająca w klimacie genialnego „Plastiku” (znanego z drugiej płyty Polu) piosenka „Social media” punktuje nasze chorobliwe przywiązanie do bycia online.  Z kolei w „Jaka bym była” artystki prowokują pytaniami o życiowe maski i dostosowywanie się do czyichś oczekiwań. A finałowe, wyśpiewane a capella na schodkach sceny „Do k” – było przejmującą opowieścią o historii kobiet, ich odwadze i solidarności. Ten utwór poruszył mnie jak żaden inny podczas blisko półtoragodzinnego koncertu.

Męska siła

Girls on Fire nie brzmiałyby tak dobrze, gdyby nie zespół bardzo utalentowanych … mężczyzn. Sekcja rytmiczna, od czasu do czasu usilnie próbująca zagłuszyć wokale, zdecydowanie dodawała frazom wigoru, a gitara i piano tworzyły melodyjne i niebanalne harmonijnie tło. A moment, w którym pianista zespołu i producent muzyczny płyty, Tomasz Basel, zagrał wysmakowane solo na seabordzie, był jednym z ciekawszych punktów tego wieczoru. Trzeba naprawdę niezłych umiejętności, żeby nad tym ustrojstwem panować. Więc Pana Tomasza polecam Waszej uwadze, bo coś mi mówi, że jeszcze nieraz nas zaskoczy swoim talentem. A kto nie wie, co to seabord i dlaczego grają na nim tylko ci, co dyktują style, niech sobie uważnie obejrzy „La la land”.

Naprawdę autorskie

Słuchając w domu płyty i rozpamiętując koncert, wnioski nasuwają mi się trzy.

Po pierwsze, „Siła kobiet” to nie jest sztampowy, komercyjny produkt. Dzięki temu, że dziewczyny wydały swoją płytę poza wytwórnią, uniknęły opakowania go w narzucony format i śpiewania o jajecznicy. W tym kontekście z pewnością warto zwrócić uwagę na świetne teksty Marty Dzwonkowskiej, których niestety – nad czym bardzo ubolewam – nie można w spokoju przeczytać na płycie, bo książeczki brak….

Po drugie, dziewczyny są trochę w punkcie startowym i dobrze jest mieć na nie oko. Owszem, płyta jest nierówna – np. utwór „No dalej, hej!” brzmi na niej jak jakiś żart, a mieszanka wykorzystanych stylów nie pozwala jednoznacznie określić, jaką muzykę dziewczyny chcą grać. Ale ważne jest to, że na krążku słychać pasję, świetne umiejętności warsztatowe i to, iż artystki mają światu coś konkretnego do powiedzenia. To mieszanka, która powinna zgromadzić wiernych fanów. A jeśli jeszcze cały skład bardziej się zgra i na scenie wszyscy razem pokażą więcej radości i swobody, to może nawet dostaną przepustkę do komercyjnych stacji. Kto wie?

Po trzecie – i sam koncert, i płyta wzbudziły we mnie przede wszystkim … niepokój. To nie był łatwy przekaz, to nie są banalne melodie. Sporo w nich mroku, niełatwych dźwięków i akrobatycznych harmonii (ale też bez przesady – to nie jest „Bridges” Adama Bałdycha;)). Przyjęta konwencja – pewnego rodzaju spektaklu – też prowokowała do pytania, gdzie jest prawdziwa kobiecość, a gdzie maska, którą kobieta na siebie nakłada. Sugestywne wizualizacje dodatkowo te odczucia we mnie pogłębiały. Ale właśnie może o to chodzi. Żeby muzyka była zaangażowana i nie dawała przejść obojętnie?

W każdym razie „Siły kobiet” słuchać do poduszki raczej nie będę, ale na pewno polecę tę płytę tym koleżankom, którym brakuje wiary w siebie.

Prudencja

W życiu i słowie ceni rozwagę, odpowiedzialność i konsekwencję. I poczucie humoru, choć talentu do opowiadania dowcipów Pan Bóg jej bardzo poskąpił. Gdyby tylko niemiecki nie ranił tak jej uszu, chętnie pomieszkiwałaby za zachodnią granicą. Ale tylko od czasu do czasu – bo z natury jest domatorką, która uwielbia polskie krajobrazy, historię i kulturę. Szczęśliwa żona, początkująca matka, spełniona kobieta (kolejność nieprzypadkowa).


Dodaj komentarz