Snarky Puppy we Wrocławiu

Dla Najlepszego z Mężów Snarky Puppy to nowoczesna orkiestra symfoniczna bez dyrygenta. Dla Pru – kilkunastu facetów z wielkim zamiłowaniem do muzycznych gadżetów, zderzania dźwięków i harmonii 😉 Dla nas obojga zespół ten łączy jedno słowo: FENOMEN.

Dla wprawnego ucha

Na koncert Snarky Puppy może przyjść każdy i jeżeli tylko jazz, funk i jazz-fusion nie przyprawia danego człowieka z zasady o uwiąd ucha, to z całą pewnością usłyszane frazy porwą mu różne członki ciała w ruch, serce uniesie się co najmniej kilka pięter nad ziemię, a uśmiech będzie kończył na potylicy. Ekipa, którą gromadzi wokół siebie niepozorny (z wyglądu) basista – Michael League, to wytrawni muzycy, którzy doskonale wiedzą, co chcą zagrać i po co.  Nie jest to jednak muzyka tła. Ich utwory są jak barokowe ornamenty albo jak muzyczne powieści-drogi. Mnóstwo wątków, mnóstwo bohaterów, mnóstwo poruszonych emocji, wobec których nie sposób przejść obojętnie. To, że to brzmi sensownie, to prawdziwe mistrzostwo świata. Śmiem twierdzić, że w pełni docenią to jednak tylko ci, co muzykę, zwłaszcza zespołową, sami tworzą.

Osłuchane ucho bez trudu wychwyci w teksańskim składzie nieprzeciętne umiejętności techniczne, pasję i oddanie muzyce. Do tego nie trzeba być praktykiem. Ale wydaje mi się, że tylko ci, którzy próbowali okiełznać na scenie zespół złożony z więcej niż trzech muzyków, wiedzą, dlaczego Snarky Puppy jest projektem genialnym. Z czym się mierzą ci wybitni artyści, pracując ze sobą, improwizując, tworząc. Słuchacz finalnie usłyszy dobitną, wyraźną historię – opowieść o marzeniach, o wartościach, o człowieku. Ale ta opowieść pisana jest przez kilkunastu (a bywa, że i kilkudziesięciu!) pisarzy jednocześnie, z których każdy specjalizuje się w innym stylu. A mimo wszystko cała ta narracja nie staje się bełkotem.

Youtube to za mało

Do tej pory Snarky Puppy słyszałam tylko w internetach. Podobali mi się, owszem, ale fascynacja Najlepszego z Mężów była dla mnie nieco przesadzona. Oczywiście doceniałam wirtuozerię wykonawców, jednak nawet fragmenty z koncertów live pozostawiały jakieś uczucie niedowierzania, że nie da się stworzyć tak dynamicznej, perfekcyjnie zagranej muzyki (do tego jeszcze z przestrzenią do improwizacji) na żywo. Nie przy np. 4 gitarach, 3 perkusjach, kilkunastu dęciakach i tryliardach elektronicznych przesterów. Że tam na pewno jest jakiś haczyk. Albo zespół genialnych akustyków, który w odpowiednim momencie wycisza to, co gra za głośno, nie w tej tonacji, nie w tym rytmie czy nie w tym stylu, co trzeba. Po wczorajszym koncercie ściągam czapki, frotki i opaski z głowy.

To może się dziać naprawdę. I możesz być tego nie tylko świadkiem, ale i aktywnym uczestnikiem. Snarky Puppy to żywioł, to brawura, to tygiel kultur, stylów i talentów, które spotykając się na scenie, tworzą niepowtarzalne zjawisko. Ciarki na rękach, łzy w oczach, radość, zadziwienie i zachwyt w sercu – wszystkiego tego doświadczyłam podczas wrocławskiego koncertu. W fantastycznej pod kątem akustycznym sali NFM-u można było wychwycić niejeden smaczek, jakim uraczyli nas amerykańscy muzycy, ale przede wszystkim zachłysnąć się powiewem świeżości, jaki ze sobą przywieźli.

Inny świat

To już kolejny w moim życiu koncert amerykańskiego składu, po którym wychodzę z przekonaniem, że ichniejsza muzyka to dla nas, Europejczyków, całkowicie inny świat. Wybrzmiewa w niej nie tylko zupełnie inaczej przeżywana wolność, ale i przekonania, które spajają amerykańskie społeczeństwo. Jest w ich muzyce ciągła śmiałość, rozmach, momentami graniczące z impertynencją, jest niezwykła pewność siebie i wielka ciekawość. Świata i innego. Jest różnorodność i szacunek dla pracy. Nie brakuje też poczucia misji i pewnej odpowiedzialności, która jest niezbędna, by wierzyć we wspólnotę, w społeczeństwo i jego sens. Ja w każdym razie wszystko to w ich muzyce słyszę bardzo wyraźnie. Po koncercie – jeszcze lepiej 🙂

 

 

Prudencja
W życiu i słowie ceni rozwagę, odpowiedzialność i konsekwencję. I poczucie humoru, choć talentu do opowiadania dowcipów Pan Bóg jej bardzo poskąpił. Gdyby tylko niemiecki nie ranił tak jej uszu, chętnie pomieszkiwałaby za zachodnią granicą. Ale tylko od czasu do czasu - bo z natury jest domatorką, która uwielbia polskie krajobrazy, historię i kulturę. Szczęśliwa żona, początkująca matka, spełniona kobieta (kolejność nieprzypadkowa).

1 komentarz

  1. Chciałabym kiedykolwiek usłyszeć muzykę Twoimi uszami, Pru. To musi być niezwykłe!

Dodaj komentarz