Spacery w górach zimą

Jak mawia pewna turystyczna piosenka najszczersze góry są jesienią. Hm, zależy co pod tą szczerością ma się kryć. Bo prawdziwe, groźne oblicze, góry pokazują szczególnie zimą. Czy zatem rezygnować z górskich wędrówek z nastaniem zimy (szczególnie faktycznym nastaniem, a nie oszukaniem kalendarza)?

Babiszon nie rezygnuje i Was namawia, by wyjść z ciepłego domu i trochę pomarznąć*.

Zimą w górrudawyy można pojechać żeby:

– pochodzić (tak po prostu) – wpis będzie właśnie o tym
– użyć biegówek (boję się stwierdzenia „pobiegać”, zwykle używanie nart biegowych przez babiszona kończy się na powolnym dostawianiu nogi do nogi)
– użyć skiturów (genialne rozwiązanie, ale trzeba mieć dużo sprzętu, więc je pominę)

Skoro mamy iść trzeba spojrzeć prawdzie w oczy, zrobić rachunek sumienia zjedzonych ciastek, krówek i czekolad, i realnie oszacować swoje siły na starcie z naturą nieożywioną. Taki babiszon, co najmniej 12 godz. przed kompem na dobę, wiecznie niedospany, uzależniony od cukru (w każdej postaci prócz białego proszku do herbaty). No nie ma bata, żeby w tych górach cuda zdziałać. Zatem – trasa niezbyt wymagająca.

Gdzie pojechać

Na zimowe spacery polecam nieodległe od Wrocka tereny – oczywiście okolice Ślęży (ale może zamiast zdeptanej góry Słowian uderzyć na Radunię), Góry Sowie, ale także Rudawy Janowickie. Wszystkie są dość niskie, mają w miarę bogatą sieć szlaków, w miarę dobrze oznakowanych. Można oczywiście ruszyć w inne góry – na Dolnym Śląsku ich nie brakuje i każdy znajdzie coś dla siebie. Omijajmy może jednak tereny słynące (i przygotowane) z tras biegówkowych. Są one specjalnie przygotowane i nie należy po nich chodzić – a dreptanie w zaspach po boku to raczej słaba przyjemność, zatem np. Izery lepiej sobie podarować i zostawić na wiosenne spacery.

Jak się ubrać

W górach, tak ja w życiu, jestem zwolenniczą nowych technologii. Nie wierzę, że można pokochać góry zimą (choć, hmmm sama tak zaczynałam) mając na sobie dżinsy, płaszczyk (choćby i puchowy) i fikuśny komplet czapkowo-rękawiczkowo-szalikowy.

Przede wszystkim – ubieramy się na cebulkę a do plecaka dorzucamy jeszcze z jedną warstwę plus zapas (rękawiczki, czapka). Jeśli termoaktywne ciuchy mają działać – o ile je mamy – to pamiętajmy, każda warstwa musi być termoaktywna: od majtek i stanika zaczynając.

Bielizna ważne, by nie była… bawełniana. Akurat zimą w górach bawełna to zło. Spocimy się, wszystko będzie mokre, a gdy staniemy – zaczniemy zamarzać. Na bieliznę osobistą warto włożyć termoaktywną (jest elastyczna, dobrze przylega do ciała, materiał lekko dociepla, ale nie powinien przegrzewać). Ja chodzę dokładnie w tej samej, w którą mam pod ciuchami narciarskimi.

las

Unikajmy dżinsów – bo szybko mokną od śniegu, potem zamarzają, stają się sztywne i nieprzyjemne. Jeśli ktoś zaczyna wędrówki i nie chce inwestować, lepiej już chyba żeby sobie dresiki ubrał. A pod spód oczywiście kalesony (ostatecznie rajstopy). Na górę dobrze mieć – na długą koszulkę z bielizny – polar (albo i dwa, zależy jak kto marznie). Tutaj znowu – unikamy bawełny. Ja wiem, że materiały są sztuczne itp., ale naprawdę w zimie sprawdzają się lepiej niż naturalna bawełna. Warto zainwestować w bieliznę termoaktywną i polar. Nawet jeśli nam się nie spodoba samo chodzenie, te ciuchy przydadzą się – choćby w zimne dni/noce w mieście. Na górę coś nieprzemakalnego i przeciwwiatrowego. Sam padający śnieg (w rozsądnych ilościach) krzywdy nam wielkiej nie wyrządzi, nawet, gdy będziemy szli w polarze tylko. Ale już wiatr, np. na punktach widokowych, wyziębi nas skutecznie. A polar przed wiatrem niestety nie chroni (chyba że jest to tzw. windstoper albo softshell).

Ważna rzecz to buty. Ważne żeby były za kostkę, by ją choć trochę usztywnić, bo zdradziecki lód, a także inne podchwytliwe a mokre korzenie czają się wszędzie. Grube skarpety, żeby ciepło było. Jeśli śnieg jest głęboki, to warto pójść do sklepu i za stówkę nabyć stuptuty – znakomicie zapobiegną wsypywania się śniegu za cholewkę. A i przydadzą się na wiosenne szlaki, zamiast prać całe spodnie wystarczy, po błotnistym spacerze, uprać tylko stuptuty właśnie.

Co ubiera Babiszon:

komplet oddychającej bielizny, bieliznę termoaktywną, spodnie przeciwdeszczowe (z membraną, a zatem oddychające), dwa polary, kurtkę (też z membraną). W plecaku w pogotowiu czeka jeszcze jedna bluza. I tak ubrana chodzi sobie w temp. -12 st. C.

 

Co zabrać

Założenie: krótka, kilkugodzinna wędrówka w niezbyt trudnym terenie.

Plecak, a w nim:
– zapasowa para rękawiczek i czapka lub taka chustka-komin wielofunkcyjna
– latarka (dni krótkie, nie wiadomo, co się wydarzy)
– termos z gorącą herbatą (najlepiej posłodzoną)
– przegryzki albo kanapka
– mapa! (a jeśli nie mamy mapy, to zainstalujmy sobie na smartfonie z Androidem cudną aplikację Mapa Turystyczna – pokaże mapę z naniesionymi szlakami, a jeśli włączymy GPS to nas na tej mapie ulokuje)

*Życie Babiszona nie będzie już takie samo i nie może powiedzieć, że mu zimno 🙁 gdyż Konkubent wrócił z Bardzo Ważnej Wyprawy, gdzie przez miesiąc przebywał w temp. -20 st.C przez 24 h/dobę

Babiszon
Czyta i pisze przez cały rok. Najczęściej dla własnej przyjemności. Choć z pisaniem różnie bywa, "czasami człowiek musi".
W zimie jeździ na nartach, w lecie nurkuje i zdobywa szczyty (bynajmniej nie lenistwa, choć też się zdarza), ostatnio zagląda górom "pod spódnice", bo została taternikiem jaskiniowym.
Czasem coś zorganizuje, a potem się zachowuje, jak dyktator, żeby plan wypalił. Innych dyktatorów nie lubi. Cóż.
Słomiany zapał do wszystkiego od zawsze.

5 Replies to “Spacery w górach zimą”

  1. Prudencja Z. Niemiec says: Odpowiedz

    Eh, tak o tym piszesz, że się człowiekowi od razu chce spakować plecak i jechać. Zwłaszcza ta herbatka w termosie – nigdzie nie smakuje tak doskonale, jak w górach:) Ale z naszymi berbeciami to jednak mimo wszystko trudno się zdecydować. Zwłaszcza wizja tych zdradzieckich korzeni, które mogą zaatakować, gdy będziemy spacerować z Nadią w nosidle, jest odpychająca:) Choć wiem, wiem, że są tacy, co i w Tatry się z niemowlakami wybiorą. A na marginesie, tak dla laika: czym się różnią skitury od biegówek? Bo przyznam, że dotąd żyłam w błogiej nieświadomości, że to to samo.

    1. Różnica jest spora (żeby nie powiedzieć zasadnicza):
      – biegówki – cienkie nartki, do nich dłuuuugie kijki (w porównaniu z narciarskimi), miękkie buty wpinane do nart na czubku, zatem pięta jest ruchoma. Z reguły wymagają przygotowanej trasy (np. tzw. założonego śladu do klasycznego „biegania”, czyli takiej rynny, w którą się wchodzi i po której się porusza – delikatny problem pojawia się pod górkę i spory problem pojawia się z górki – nie wiem jak ONI to robią, że się nie wywalają, ja kucam i zjeżdżam, jak upadam, to mam blisko do gruntu ;-))
      – skitury wyglądają raczej jak klasyczne narty, używa się do nich butów, które wyglądają jak narciarskie, ale uginają się na styku stopa-łydka :), wiązania też mają ruchomą piętę, na dodatek z blokadkami, które się ustawia podczas podchodzenia w zależności od nachylenia stoku, podchodzenie to jest możliwe dzięki tzw. fokom, czyli materiałowi zakładanemu na ślizgi (spód nart) – materiał powoduje, że narty się przesuwają do przodu i nie zsuwają. Ale najlepsze jest po osiągnięciu góry – wtedy blokuje się buty, blokuje się wiązania na płasko i można zjeżdżać nawet tam, gdzie nikt o żadnym wyciągu nie słyszał. Ergo, do skiturów oprócz śniegu nie trzeba niczego więcej – żadnych przygotowanych tras, wyciągów, udeptywań – im lepszy puch (i większe umiejętności narciarza), tym większa frajda 🙂

  2. Zaprasza w Beskidy, meta u mnie, atrakcje na szlakach też zapewniam.

    1. I takie propozycje lubimy! 🙂

  3. Gdzieś ,,m” zgubiłam: ja zapraszam, JA!

Dodaj komentarz