Sprawdzony sposób na gołębie

Nienawidzicie balkonów i parapetów zafajdanych ptasimi odchodami? Jeśli tak, to mam dla Was sprawdzony sposób na gołębie.

Oto on.

Niekastrowany kocur.

Tak się składa, że Filemon ciągle może być ojcem. Mieliśmy taki epizod w naszym życiu, że bawiliśmy się w jeżdżenie z nim po pokazach kocich piękności, bo swego czasu był jedynym długowłosym niepręgowanym rudzielcem w Polsce w swojej rasie. Teraz już nie jeździmy, ale ciągle jakoś nie mieliśmy serca pozbawić go „klejnotów”. Mimo iż mocno próbował na ten akt zapracować… Bo niekastrowany kocur znaczy. Zwłaszcza w okresie wiosennym. Znaczy, czyli sika hormonami. Baaaaaaardzo śmierdzącymi. Do tej pory doprowadzał nas tym do szału. Dopóki nie pomógł pozbyć się gołębi z balkonu.

Sprawa była trudna. Kto zna Pru, wie, że gołębie to dla niej wróg numer jeden (na tym samym miejscu są jeszcze kleszcze, węże, karaluchy i pająki). Ma to pewien związek z bolesnym wspomnieniem z czasów studenckich, kiedy to pewien przedstawiciel tego gatunku ptactwa postanowił dokonać żywota w wynajmowanym przez nią pokoju i w trakcie upalnego lata rozłożyć się tam doszczętnie (śledztwo wykazało, że współlokator Pru, który w okresie wakacyjnym pozostawał w mieszkaniu, cierpiał na permanentne znieczulenie zmysłowe, w czym wydatnie pomagał mu samodzielnie pędzony samogon i kolorowe grzybki na parapecie. Gość, rzekomo, nic nie czuł…). W każdym razie od tamtego momentu Pru na widok gołębi dostaje spazmów i wstrętodrgawek. Możecie więc sobie wyobrazić, co się działo, gdy pewnego pięknego popołudnia odkryła, że na jej balkonie owe ptaki uwiły sobie gniazdko i złożyły tam jaja… Było źle. Bardzo. Nawet melisa nie pomogła. Ale i tak skrupuły nie pozwoliły jej sięgnąć po najprostsze, acz, brutalne sposoby na pozbycie się tego problemu. I tu wkroczył do akcji Filemon, który był w tym czasie wyjątkowo znaczący 😉

Pewnego ranka zaznaczył plecak. Pru akurat spieszyła się z dzieckiem do lekarza, więc niewiele myśląc, wywaliła zaznaczony plecak na balkon, z myślą, że wypierze go po powrocie. Jakież było jej zaskoczenie, gdy po powrocie do domu okazało się, że na balkonie nie ma już jajek!!! Gruchający rodzice – jak się wkrótce okazało – przenieśli je do sąsiadki. Tu odezwała się w Pru żyłka naukowca i następnego dnia zaoferowała sąsiadce zaznaczone buty. I co? Po dwóch dniach gołębi nie było! Wieść szybko się rozniosła i próśb o śmierdzące reklamówki/ściereczki/torebki mamy całe mnóstwo. Zaczynamy rozważać, czy nie jest to sposób na jakiś dochodowy biznes 😉 Póki co – klienci są zadowoleni i do nas wracają (bo gołębie rozumku zbyt wielkiego nie mają i po jakimś tygodniu pojawiają się znów, by sprawdzić, czy coś się na danym terenie nie zmieniło ;))

 

 

Prudencja
W życiu i słowie ceni rozwagę, odpowiedzialność i konsekwencję. I poczucie humoru, choć talentu do opowiadania dowcipów Pan Bóg jej bardzo poskąpił. Gdyby tylko niemiecki nie ranił tak jej uszu, chętnie pomieszkiwałaby za zachodnią granicą. Ale tylko od czasu do czasu - bo z natury jest domatorką, która uwielbia polskie krajobrazy, historię i kulturę. Szczęśliwa żona, początkująca matka, spełniona kobieta (kolejność nieprzypadkowa).

One Reply to “Sprawdzony sposób na gołębie”

  1. U nas – zanim pojawiła się siatka, dzięki której gołębi nie ma, a koty mają balkon dla siebie – królował podobny sposób. Tyle że nośnikiem zapaszków były siki fretkowe (a były wtedy trzy egzemplarze).
    Zatem drapieżnikowy mocz daje radę!

Dodaj komentarz