Taternik jaskiniowy – instrukcja stawania się

Pochwalić się muszę, że oto w miniony weekend dokonało się cudowne przepoczwarzenie z kursanta w taternika jaskiniowego. Ergo – zdałam egzamin. Juuupi!

Historia kursowa

Był to najdłuższy kurs w moim życiu i bardzo się podziwiam, że udało mi się dotrwać do szczęśliwego końca. Razem z nie-mężem. I nawet się nie zabiliśmy nawzajem, co w sumie nie było takie oczywiste.

Kurs zaczął się dokładnie rok temu wyjazdem zachęcająco-zniechęcającym Pierwsza Dziura. Przez dwa dni chodziliśmy po jurajskich pagórkach, lasach, a przede wszystkim jaskiniach, żeby sprawdzić, czy nam się to aby podoba. Spodobało się i to bardzo! Tak bardzo, że czym prędzej po powrocie wpłaciliśmy pierwszą kasę za kurs. Jaskinie odwiedzane na Pierwszej Dziurze nie wymagają absolutnie żadnych specjalnych czy dodatkowych umiejętności. Wystarczy umieć się czołgach, chodzić na czworakach, przeciskać i zapierać kończynami i plecami o przeciwległe ściany. W sumie to dopuściłam się dokładnego opisu co i jak tutaj.

Długość kursu i jego intensywność są naprawdę, naprawdę, naprawdę mega (i tu każdy sobie może dopowiedzieć: fajne, męczące, pouczające, zabawne itp., itd.). Nie jest bowiem łatwo upchnąć w codziennym życiu (w którym trzeba pracować, czasem po godzinach, jeść, sprzątać, ogarniać zwierzyniec i nie zaniedbać – za bardzo – przyjaciół, a do tego rozwijać się lingwistycznie): cotygodniowych wykładów, wyjazdów weekendowych dwa razy w miesiącu, czterech dni na obozie wspinaczkowym, dwóch tygodniowych obozów w Tatrach, niezliczonej liczby godzin na ściance wspinaczkowej.

Ale coś za coś! Są fantastyczni ludzie, są świetne przygody, są krajobrazy jak z bajki, są jaskinie, a więc świat niedostępny dla każdego.

Oczywiście, że miałam chwile zwątpienia, totalnego zmęczenia, momenty, kiedy nic mi nie szło i uznawałam, że się do tego nie nadaję. Dopiero tegoroczna Pierwsza Dziura uświadomiła mi, jak długą drogę przeszliśmy przez minione 12 miesięcy, ile się nauczyliśmy, jak to wszystko ogarnęliśmy. To, co rok temu było mrożącym krew w żyłach zaciskiem, tym razem przechodziliśmy bez wciągania powietrza. To, co wymagało skupienia i uwagi na każdym kroku, przebiegaliśmy nie patrząc pod nogi. I ta chwila, kiedy po wyjściu z jaskini Suchej stwierdziłam, że kurde, to się po prostu stało, umiem to wszystko, dała mi dużo pewności siebie podczas egzaminu, który odbywał się kolejnego dnia.

Egzamin

A właściwie egzaminy, gdyż były dwa: teoretyczny i praktyczny. Teorią się stresowałam, ale tylko trochę. Wkuwałam np. na blachę reakcję krasowienia skał, której nie rozumiałam ni w ząb, bo chemia to nigdy nie był mój konik. Udało się zdać i nawet nie-mąż zdał, choć niby się nic nie uczył (ten wykuł na pamięć topografię jednej doliny).

Praktyką stresowałam się bardziej, ale w sumie poszło mi całkiem dobrze 🙂 Tak przynajmniej myślę. Bardzo nam pomógł wyjazd treningowy, na który pojechaliśmy tydzień przed egzaminem. Bo wiecie, zaufać linie przywiązanej do pancernych punktów osadzonych przez profesjonalistów to nie sztuka. Za to samemu znaleźć w skale „oczka” i tak poprowadzić plątaninę liny i taśm, żeby dało się bezpiecznie zjechać 15 m, a potem wrócić tą samą drogą do góry, to już inna para kaloszy. Ale się udało.

Co może taternik jaskiniowy?

Sporo ludzi pyta, co teraz. Otóż odpowiadam 🙂 Jako taternik jaskiniowy mam wiedzę i umiejętności, które pozwolą mi bezpiecznie poruszać się po jaskiniach nie tylko tatrzańskich. Ale na terenie TPN nikt bez stosownych uprawnień wchodzić do jaskiń nie może, zatem jest to prawo jazdy, które pozwala zwiedzać Tatry „od spodu”. Poza tym w większej części cywilizowanego świata z kartą taternika mam ulgowy lub bezpłatny wstęp do jaskiń turystycznych (czyli biletowanych) – to nie działa oczywiście w Polsce.

Jak wszelkie umiejętności – trzeba je pielęgnować i utrwalać, bo inaczej zanikają i wtedy robi się niebezpiecznie. Zatem planujemy jeździć do jaskiń przeróżnych i łazić po nich dla samej frajdy wybłocenia się, zmęczenia, zobaczenia ciemności tak głębokiej, że aż niewyobrażalnej.

A poza tym chcemy jeszcze na pewno spróbować nurkowania w jaskiniach. Oba kursy robi się niezależnie, ale uzupełnienie jednych umiejętności drugimi może dać niezłą frajdę – i spory zastrzyk adrenaliny.

fot. T. Jach

 

Babiszon
Czyta i pisze przez cały rok. Najczęściej dla własnej przyjemności. Choć z pisaniem różnie bywa, "czasami człowiek musi".
W zimie jeździ na nartach, w lecie nurkuje i zdobywa szczyty (bynajmniej nie lenistwa, choć też się zdarza), ostatnio zagląda górom "pod spódnice", bo została taternikiem jaskiniowym.
Czasem coś zorganizuje, a potem się zachowuje, jak dyktator, żeby plan wypalił. Innych dyktatorów nie lubi. Cóż.
Słomiany zapał do wszystkiego od zawsze.

6 komentarzy

  1. Gratuluję determinacji 🙂

    1. Hihi, dzięki, świadku mego stawania-się

  2. Gratuluję. Może na emeryturze też pomyślę o jaskiniowaniu 🙂 Być ,,babcią jaskiniową” – kusząca perspektywa 😉

    1. To by było coś!

  3. Babiszonie – podziwiam i chylę czoła! I z lekkim drżeniem myślę, co teraz wymyślisz:)

    1. Połączę nurkowanie z jaskiniami.
      Takie przynajmniej są najbliższe plany 😀

Dodaj komentarz