Tatry zimą – jaskinie, góry, ćwiczenia lawinowe

Pierwszy raz w życiu poszłam w Tatry zimą i… spodobało mi się. Nawet bardzo. Fakt, pogoda dopisała nam znakomicie – żadnych siarczystych mrozów, zawiei i zamieci. Wręcz przeciwnie – błękitne niebo, słońce, w słońcu temperatury powyżej zera. Zimno bywało o poranku (a zdarzało się, że wychodziliśmy ok. 7-8) i zaraz po tym, gdy słońce chowało się za górami. Jaskinie znowu nas oczarowały, tym razem swoją zimową szatą.

Zanim jednak pojechaliśmy w Tatry odbyliśmy szkolenie zimowe: Raki-czekan-detektor. Było bardzo pouczające. Nigdy, ale to przenigdy nie chciałabym być świadkiem lawiny. Szukanie z detektorem w komfortowych warunkach jest trudne, nie wyobrażam sobie, jak ciężkie musi to być doświadczenie na terenie pokrytym masami śniegu, który jeszcze chwilę wcześniej się przemieszczał. Ba, w każdej chwili może urwać się ponownie. Obsługa detektorów to właściwie sztuka, którą ciągle trzeba ćwiczyć. Przy czym znalezienie sygnału to tylko połowa sukcesu, bo jeszcze trzeba ofiarę zasypania namierzyć, a potem odkopać. W sypkim śniegu jest to w miarę łatwe, w zbitym robi się katorgą. Pierwsze szkolenie odbyliśmy na czeskim Pradziadzie, a w Tatrach przypominaliśmy sobie co nieco.

Centrum Lawinowe na Kalatówkach

Od kilku lat przy hotelu górskim na Kalatówkach działa Centrum Lawinowe uruchomione przez TOPR i TPN. Na sporym kawałku terenu zakopanych jest kilka skrzynek z nadajnikami. Gdy uruchomimy automat włączy się kilka z nich (poziom łatwy: jedna, poziom średni: dwie, poziom master: nie wiadomo ile), naszym zadaniem jest namierzenie detektorem skrzynki, a potem wcelowanie w nią sondą lawinową. Automat odlicza czas, a po namierzeniu skrzynki sondą wyłącza nadajnik i można zająć się szukaniem kolejnego/kolejnych. To symulacja akcji z tzw. wielokrotnym przysypaniem.

Wbrew moim wyobrażeniom śnieg w centrum jest ubity (przez dziesiątki nóg), a jakoś sobie wyobrażałam wcześniej, że będą to zwały śniegu – jak w prawdziwej lawinie. Na pewno jednak taki ubity śnieg jest trochę trudniejszy do sondowania niż świeży puch. Ale udawało nam się szczęśliwie namierzać skrzynki.

 

Jaskinie

Zimowe przejścia jaskiniowe w teorii miały być inne głównie przy podchodzeniu do otworów. A mnie zaskoczyły totalnie lodową szatą naciekową. W Tatrach generalnie z naciekami (czyli stalaktytami, stalagmitami itp.) jest raczej ubogo. Za to w partiach przyotworowych w trzech jaskiniach były przecudnej urody stalaktyty, stalagmity, polewy lodowe. Niebezpiecznie śliskie, ale po prostu piękne. Poza tym w zimie w jaskiniach jest raczej niewiele wody, mieliśmy wyjątkowe szczęście, bo wszyscy wróżyli nam przechodzenie co najmniej po pas w wodzie (w jaskini Zimnej) a tymczasem nawet nie przelała się nam woda do kaloszy.

Anegdotka z jaskini Zimnej:

Otwór jaskini Zimnej znajduje się w pobliżu wyjścia z udostępnionej turystom jaskini Mroźnej. Przebieramy się przy Mroźnej w kombinezony, kalosze, uprzęże i wszystko, co trzeba. Mamy podejść kilkanaście metrów prawie pionowo pod górkę – w kaloszach, po śniegu i to dość wyślizganym. Na szczęście na śniegu ktoś wysypał piasek, jest zatem w miarę spokojne to dojście. Nie ma to jak dobrzy ludzie. Po paru godzinach wychodzimy z jaskini, cali w błocie i piachu, zjeżdżamy na tyłkach spod otworu Zimnej do miejsca, gdzie będziemy się przebierać, zostawiając za sobą piaszczyste smugi. Zagadka rozsypanego piasku rozwiązana!

Góry

Oczywiście zimowe Tatry muszą budzić respekt. Jak zresztą każde góry. Kilka moich refleksji, na co warto zwrócić uwagę

  • Jeśli świeci zimowe słońce – musisz mieć okulary przeciwsłoneczne, bo inaczej oczy będą dostawać taką dawkę światła, że zaczną boleć.
  • Bądź gotowy na to, że w cieniu jest o wiele zimniej niż w pełnym słońcu, dodatkowo śnieg jest zmrożony. Momentalnie zimno robi się także, gdy słońce już chyli się ku zachodowi i chowa za granią.
  • Co prawda zimą nie pada deszcz (jeśli są ujemne temperatury), ale za to może sypnąć śniegiem, a to oznacza duże pogorszenie widoczności, czasem zawianie czy przykrycie wydeptanych śladów na szlaku, a więc i możliwość zabłądzenia.
  • Raki i czekan same w sobie nie pomogą (nawet wyciągnięte z plecaka ;-)), bo dopiero trening posługiwania się nimi, będzie wpływał na nasze bezpieczeństwo.
  • Jeśli już nauczyliśmy się obsługiwać detektory, sondy i łopaty, to nosimy je ze sobą – a codziennie rano sprawdzamy stopień zagrożenia lawinowego (nie jest wstydem zadzwonić do ratownika dyżurnego i zapytać czy planowana trasa jest bezpieczna – a potem zastosować się do udzielonych rad) – u nas sypnęło śniegiem w piątek, więc na sobotę musieliśmy zmienić plany jaskiniowe, okazało się, że słusznie, bo w sobotę nadal była średnia widoczność i spory opad śniegu, odpadły nam wędrówki do wyżej położonych jaskiń.
  • Nauka wyciągnięta z praktyki: dupozjazdy ułatwiają schodzenie, ale trzeba je robić BEZ raków na nogach.
  • W plecaku dobrze mieć, oprócz zapasowej warstwy odzieży także folię NRC (jest lekka, poręczna, a jej właściwości sprawiają, że w sytuacji awaryjnej dość szybko się odseparujemy od niekorzystnych warunków), szturm-żarcie (najlepiej wysokokaloryczne), termos z ciepłym napojem (ja np. słodzę herbatę w góry, choć nigdy tego nie robię w dolinach).
  • W smartfoniku koniecznie wpisujemy nr do TOPR – 601 100 300 i instalujemy aplikację Na Ratunek.

Anegdotka

…a propos aplikacji Na Ratunek

Postanowiłam przetestować aplikację kiedy ćwiczyliśmy na treningowym polu lawinowym. Jednym okiem klikałam wszystkie możliwe zgody, drugim patrzyłam, jak idzie nie-mężowi wbijanie sondy w ukryte skrzynki. W pewnym momencie patrzę, a mój telefon dzwoni do TOPRu (mam oczywiście zapisany numer). Rozłączyłam się, klnąc w duchu, że nie przeczytałam wszystkich ostrzeżeń i pytań aplikacji. Po chwili dzwoni do mnie ktoś z zakopiańskiego numeru: „A cóż to za tragedia zdarzyła się na lawinowym polu treningowym na Kalatówkach?” – zapytał pan ratownik (nawet nie musiał się przedstawiać, choć chyba to zrobił). „Wie Pan, bo ja testowałam aplikację Na Ratunek i chyba się w tym testowaniu zagalopowałam” – odpowiedziałam zgodnie z prawdą, chowając się jednocześnie za maszynką z ustawieniami skrzynek, byłam (i jestem) bowiem pewna, że dzwoniąc do mnie wyglądał przez okno hotelu górskiego. „No wie Pani, każdy taki telefon to nas na nogi stawia, proszę uważać” – tekst poważny, ale ton głosu wskazywał, że jest nieco rozbawiony. Przeprosiłam, życzyłam miłego dnia i powiedziałam, że mam nadzieję, iż dzisiaj nikt z poważnym wezwaniem nie zadzwoni, a pan ratownik życzył udanych wędrówek.

Babiszon
Czyta i pisze przez cały rok. Najczęściej dla własnej przyjemności. Choć z pisaniem różnie bywa, "czasami człowiek musi".
W zimie jeździ na nartach, w lecie nurkuje i zdobywa szczyty (bynajmniej nie lenistwa, choć też się zdarza), ostatnio zagląda górom "pod spódnice", bo została taternikiem jaskiniowym.
Czasem coś zorganizuje, a potem się zachowuje, jak dyktator, żeby plan wypalił. Innych dyktatorów nie lubi. Cóż.
Słomiany zapał do wszystkiego od zawsze.

2 komentarzy

  1. Trzeba się było z tym ratownikiem po prostu umówić ;-), a nie chować się za tajemniczą maszynkę.

  2. Nie mogłam, gdyż nie-mąż był w sumie niedaleko. A poza tym głos pana ratownika nie przekonał mnie do umawiania się 😉

Dodaj komentarz