UKULTURALNIANIE

W ramach weekendowego odchamiania się oraz edukacji muzycznej syna poszliśmy na koncert zespołu muzyki dawnej Ars Cantus, bo było za darmoszkę, w dodatku w ratuszu, a poprzebywać w ratuszu zawsze dobrze. Powodem koncertu była premiera płyty zawierającej utwory z Kodeksu Wrocławskiego, czyli bardzo ważnego i unikatowego świadectwo kultury muzycznej Śląska końca XV wieku, jak dotąd słabo znanego, a zawierającego ok. 100 kompozycji wielogłosowych. To wielki rarytas – jak mówił prowadzący – bo kodeks był przeznaczony dla świeckich, więc utwory zapisywano go nie na drogich pięknie zdobionych pergaminach, które oparły się czasowi, ale na poślednim papierze, wykorzystywanym potem jako makulatura do wzmacniania okładek „godniejszych” pozycji. I które dzięki temu upokarzającemu zabiegowi w ogóle przetrwały do naszych czasów, a nie zniknęły w pomroce dziejów.

Śpiewali (i grali! – na fletach prostych) kunsztownie, utwory wydały mi się diablo trudne, co jeszcze zwiększało mój podziw, jeden pan śpiewał altem, dziecko dało radę z muzyka dawną, więc wyprawę uznałam za pełen sukces. Ale przede wszystkim podobało mi się to, że można było usłyszeć trochę prawdziwej historii miasta, w którym mieszały się języki i tradycje, w którym „miasto spotkań” nie oznaczało ogromnego korka na „dominikanie” (lub w każdej innej lokalizacji), gdzie sanctum sanctorum nie była którakolwiek z galerii handlowych.

Ech, to były czasy!…

 

 

fro
hasło przewodnie: rudy to nie kolor, rudy to charakter;
uwielbia: czytać, pisać, śpiewać, tańczyć i łazić po górach - jak to nastolatka ;)
chciałaby: umieć rysować i grać na gitarze;
ludzie: są dla niej niewyczerpanym źródłem inspiracji

2 Replies to “UKULTURALNIANIE”

  1. Pomyśl Fro, nie mieli też netu 😉
    Myślę, że net zepsuł wszystko – uczynił nas dzikimi (nie entuzjazmami ;-)), cofnął w rozwoju. Wyjść potrzebujemy tylko żeby coś zjeść i się ubrać (czyli na polowanie), poza tym wystarcza nam komputerek.
    A w takich wiekach dawniejszych człowiek już miał upolowane i uszyte, to się zajmował kulturą – czyli czymś, co do przeżycia nie jest niezbędne. Czyni je jedynie ciekawszym

  2. Koncert muzyki dawnej? Z synem? No, no… Mnie się tu anegdota rodzinna sprzed lat przypomina. Było to w czasach, gdy moja latorośl z przyszłą latoroślą kroczyli drogą romansów. Były walentynki, a mnie do Wisły wywiało na kurs angielskiego (wiecznie początkująca, chodząca na zajęcia dla towarzystwa, angielskiego próbują mnie od lat nauczyć, bronię się skutecznie). 10 bab w słusznym wieku, nasz ticzer zaproponował w prezencie walentynkowym …dyskotekę, poszłyśmy. Zabawa była przednia. Wracam ci ja późną nocą rozbawiona, coś mnie podkusiło do dziecka zadzwonić z pytaniem, jak walentynki spędzili z ukochanym. ,,Byliśmy na koncercie muzyki dawnej/sakralnej”. O tempora, o mores. Matka na dyskotece, a Młódź Wszeteczna delektuje się muzyka dworską czy kościelną.

Dodaj komentarz