Urlop cz. 1 – Tatry

W tym roku urlop mam dłuuuuugi, bo muszę wykorzystać 10 dni pod rząd. No to wykorzystuję…

Od czterech, a może i pięciu lat staram się być przynajmniej raz w sezonie letnim w Tatrach. A jeśli już tam, to wybieram Wysokie – Roztokę, Pięć Stawów, Murowaniec. Zachodnie przeszłam (haha) tylko raz i uznałam, że mi wystarczy.

Błąd.

zachodnieW tym roku nie było zwykłego wypadu w Taterki, w tym roku był obóz tatrzański, bo jak być może pamiętacie zaczęłam kurs taternictwa jaskiniowego. Otóż w ramach tego kursu wisiałam na linach na ściance we Wro i w kamieniołomach, czołgałam się w jaskiniach jurajskich, potem jeszcze raz przechodziłam trochę większe jurajskie dziury, wspinałam się na własnoręcznie osadzanych punktach asekuracyjnych (też na Jurze), ale ukoronowaniem tych mąk był wyjazd w Tatry.

z_marmurowej Zachodnie, bo tam są jaskinie. Ale żeby się do nich dostać, trzeba najpierw dojść do otworu. A ten bywa zwykle położony dość wysoko. Trzy, cztery godziny wędrówki z ciężkim plecakiem (jako jedyna dziewczyna i tak zwykle uprosiłam kumpli, by zatargali za mnie linę), potem hop do dziury na kolejne trzy-cztery godziny i powrót. To był mocno wyczerpujący tydzień. Szczególnie, że ja nie jestem zbyt szybka w górach – mam swoje tempo, raczej ślimacze, którym sobie idę, idę i idę. Jedyna pociecha, że tak mogę chodzić godzinami.

Bywało i tak, że wychodziliśmy godzinę lub półtorej przed instruktorami, żeby nie musieli na nas czekać na grani – a spotkać się musieliśmy, żebyśmy wiedzieli, którą to „dobrze wydeptaną ścieżką” dojdziemy  ze szlaku do jaskini. Na powierzchni mieliśmy jeszcze lekcje topografii – w życiu nie słyszałam o Żlebie pod Wysranki, Skoruśniaku, Twardej Kopie, Ratuszu Litworowym i Okręcie. A teraz wiem i nawet gdy piszę te nazwy, to stają mi te szczyty, żleby i skały przed oczami.

marmurowaNajwiększy czad był jednak pod ziemią. Godziny tam upływały nie wiadomo na czym właściwie. A nie, w zasadzie to wiadomo – na łażeniu. Tatrzańskie jaskinie to kolosy w porównaniu z jurajskimi. W sumie to trudno je sobie wyobrazić, trudno się na nie przygotować. Mniej czołgania, więcej łażenia, wspinania w kaloszkach, no i posługiwania się całym żelastwem, którym grotołaz posługiwać się musi.

 

Przykład? Studnia tak głęboka, że latarka nie sięga dna, tak szeroka, że właściwie ścian też nie widać. Kiedy zjeżdżasz, grzeje się przyrząd zjazdowy. Grzeje się tak bardzo, że gdy spada na niego jakaś kropla, słyszysz syk i widzisz parę. I to jeszcze jest ok. Ale kiedy po tej samej linie wychodzisz do góry, kiedy jesteś w środku tej długaśnej trasy, pot zalewa ci czoło, a ty zdajesz sobie sprawę, że twoje być zależy od liny przymocowanej do jakiegoś kawałka metalu. Że aby się wydostać wbijasz w tę linę dwa przyrządy wyposażone w metalowe ząbki. Że jak coś, gdzieś się „spruje” to właściwie nawet nic nie zobaczysz. Wtedy czujesz ten zimniejszy pot, gdzieś na karku i mocną dawkę adrenaliny, która pomimo zimna i wilgoci pomaga ci wyjść z tej dziury.

uplazZmęczenie całkowite, ból całego ciała, akcje długie, ale i tak mieliśmy szczęście, bo pogoda była znakomita. Po wyjściu z dziury owiewał nas ciepły wiaterek, widoki zapierały dech i nawet nocne zejścia przy pełni księżyca miały w sobie coś czarodziejskiego.

Druga część urlopu miała być bardziej relaksacyjna…

Babiszon

Czyta i pisze przez cały rok. Najczęściej dla własnej przyjemności. Choć z pisaniem różnie bywa, „czasami człowiek musi”.

W zimie jeździ na nartach, w lecie nurkuje i zdobywa szczyty (bynajmniej nie lenistwa, choć też się zdarza), ostatnio zagląda górom „pod spódnice”, bo została taternikiem jaskiniowym.

Czasem coś zorganizuje, a potem się zachowuje, jak dyktator, żeby plan wypalił. Innych dyktatorów nie lubi. Cóż.

Słomiany zapał do wszystkiego od zawsze.


One Reply to “Urlop cz. 1 – Tatry”

  1. Jechać w wysokie góry po to, żeby łazić pod ziemią? Dla mnie niepojęte, ale są różne kółka zainteresowań. Podziwiam, ale nie zazdroszczę.

Dodaj komentarz