Wyjątkowe drugie dziecko

Przeciętny człowiek, który pragnie być rodzicem i jego marzenie spełnia się po raz pierwszy, zazwyczaj wpada w taki dziwny, radosny stan, w którym można dopatrzeć się oznak szaleństwa. Nagle odkrywa w sobie nieznane pokłady cierpliwości, wielkoduszności, determinacji, fantazji, kreatywności itd. Pierworodne wszak musi mieć wszystko naj. Przetrząsa więc Szczęśliwy Rodzic internet,  sklepy i inne przybytki, szukając najlepszego wózka, najbezpieczniejszego fotelika, najoryginalniejszych ciuchów. Wydaje krocie na leżaczki, maty, buteleczki i inne gadżety, które mają pierworodnemu umilić pierwsze miesiące życia. Tygodniami taki ludź łazi na szkołę rodzenia,  gdzie z wypiekami na twarzy słucha, notuje i stosuje się do wszystkich zaleceń. Dietę zmienia. Na piłce ćwiczy. Kurs ratunkowy robi. W wolnych chwilach planuje, w jaki sposób zapisać w rodzinnych annałach tak ważne wydarzenie, jak narodziny i jak zabezpieczyć przyszłość dziecka. Fundusz powierniczy mu zakłada, nocami listy do brzucha pisze, zdjęcia z usg opisuje, portale Bardzo Mądre Dla Rodziców śledzi, książki o wychowaniu pochłania i skrypty z nich robi. Gdy Pierworodne się narodzi to w ogóle takiego Rodzica opanowuje amok. Wszystko nagle staje się niezwykle istotną pamiątką: pierwsza pielucha, pierwszy smoczek i pierwsze słodkie skarpetki. Wszelkie pierwsze razy zostają skrupulatnie odnotowane, sfotografowane, opisane i wrzucone do skrzyni, która w planach ma zostać wręczona dziecku, gdy osiągnie stosowny wiek dojrzałości.

A potem rodzi się drugie dziecko. Wszystko wydaje się już oswojone, więc na szkołę rodzenia, castingi położnych i nagrywanie filmików instruktażowych dla rodziny nie ma już zbytniego parcia. Kiedy po domu biega rozbrykany pierworodny, czas się dramatycznie kurczy i nie ma kiedy pisać listów do brzucha, dziergać własnoręcznie kaftaników czy dłubać kołyski. Posmak pierwszego razu zostaje tylko słodkim wspomnieniem, a Rodzic próbuje cieszyć się każdą wolną chwilą i nie dawać kosmatej panice, która co jakiś czas przysiada na jego ramieniu i podszeptuje: „Z dwójką nie dasz sobie rady”. Dzięki temu kolejne przychówki mają mniej absolutnie nieprzydatnych rzeczy o ogromnej wartości sentymentalnej, którymi rodzice obdarowują ich przy większych świętach. Zdarzają się jednak takie jednostki, które rodzicom ten nietakt mają za złe. I potem latami wysłuchuje taki biedny rodzic lub starszy brat/siostra litanię żalów: „ja tylko zdzierałem po x”, „dla mnie to nie mieliście czasu, żeby kołysankę nagrać”, „Y to ma każdy pierwszy raz zarejestrowany, a u mnie to nawet nie wiecie, kiedy pierwsze słowo powiedziałem”. Pomni tego ryzyka, chcieliśmy się więc zabezpieczyć i dla Nadii zrobić coś, czego Borys nie dostał. Inspirację znaleźliśmy na blogu mataja.pl, o którym pisałam tu.

Padło na sesję noworodkową. Założyliśmy, że nasza córeczka będzie w przyszłości ukontentowana, kiedy w dniu swoich 18 nastych urodzin otworzy wręczone przez nas, dumnych rodziców pudło, a w nim znajdzie (oprócz np. notesu z zanotowanymi wszystkimi statystykami dotyczącymi zużytych pieluch i wyssanego z piersi mleka;)) zdjęcia przecudnej urody, na których będzie wyglądała, jakby była żywcem wyjęta z albumu Anne Geddes.  Ku naszemu zdziwieniu fotografia noworodkowa okazała się bardzo popularnym biznesem i mieliśmy spory kłopot, żeby z wielu ofert wybrać jedną. Musieliśmy się przy tym zdać na ślepy los, bo nikt ze znajomych z takich usług nie korzystał. Z pomocą przyszła nam jednak data urodzin – takie sesje robi się zazwyczaj do 12 dnia po narodzinach, tzn. wtedy, gdy dziecko jeszcze ma na tyle w nosie otaczający świat, że większość czasu woli spędzać w objęciach Morfeusza i naprawdę niewiele rzeczy jest w stanie je ruszyć. A że my zdecydowaliśmy się na taki prezent dla Nadii już po urodzinach, to po prostu musieliśmy zaufać temu fotografowi, który będzie miał wolny termin. A znalezienie takiego wcale nie było łatwe, choć na rynku ofert jest zatrzęsienie.

W każdym razie udało się i byliśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni przebiegiem takiej sesji. Nadia spokojnym niemowlakiem na pewno nie jest, więc mieliśmy sporo obaw, czy w ogóle uda się jej jakieś zdjęcie sensowne zrobić. Gula zwątpienia rosła z każdym wnoszonym do naszego mieszkania rekwizytem – Pani Fotograf po prostu zawaliła pokój tłami, lampami, koszykami, poduchami, kocykami, ubrankami i innym niezbędnym w jej pracy asortymentem. Miała ze sobą nawet farelkę, żeby kocyki ogrzewać, co by Nadia nie zmarzła. Oczami wyobraźni widzieliśmy już, jak zgrzyta zębami za każdym razem, gdy po odłożeniu nasza córa zanosi się łkaniem i burzy jej misternie ułożoną kompozycję misiów i pudełek. Ale już po pierwszych 5 minutach oglądania jej w akcji odetchnęliśmy z ulgą. Jak tylko umyła ręce i zakasała rękawy, zabrała się do lulania Drugorodnej i okazała się prawdziwym zaklinaczem dzieci. Nasza ruchliwa i dość entuzjastycznie nastawiona do życia córka nagle okazała się słodkim śpiochem, którego można było spokojnie ustawiać i przekręcać na wszelkie możliwe sposoby. Nie przeszkadzały jej ani odgłosy fleszy, ani przebieranie w różne ciuszki, ani wkładanie do koszyków.  Wszystko odbywało się przy tym bez pośpiechu i z dużą dawką dobrego humoru. Ewy nie ruszały żadne kupki znaczące jej urocze kocyki ani nawet nasze koty, które gdy tylko zobaczyły stertę pluszów, jedwabiów i koszyków, nie omieszkały gruntownie ich osierścić:)

Efekt sesji – wzruszające i urocze zdjęcia, pełne detali, które szybko zacierają się w pamięci rodziców. Nie jesteśmy miłośnikami fotografii pozowanej, ale tych kilkanaście wystudiowanych póz Nadii ma w sobie tyle ciepła, że nie sposób się nie uśmiechnąć. Ponadto kojarzą się nam z naszymi zdjęciami z dzieciństwa. Wtedy nie było aparatów w komórkach i każdy dzień dziecka nie był uwieczniony w milionie fotek, których oprócz rodziców i ewentualnie babć nikt nie ma ochoty oglądać. Zdjęcia, które robiło się wtedy u fotografa, mają więc dla nas wielką wartość. I być może Drugorodna wcale nie będzie chciała oglądać albumów pełnych poruszonych zdjęć z jej pierwszego kroku czy pierwszej łyżeczki. Być może za te kilkanaście lat obejrzy sobie swoją sesję i westchnie z zadowoleniem: „no, i to są wyjątkowe zdjęcia dla wyjątkowego dziecka”.

PS

Gdyby ktoś z Was był zainteresowany taką sesją, to z naszego skromnego doświadczenia z czystym sumieniem możemy polecić Ewę Sulkę (patrz tu).

 

 

 

Prudencja
W życiu i słowie ceni rozwagę, odpowiedzialność i konsekwencję. I poczucie humoru, choć talentu do opowiadania dowcipów Pan Bóg jej bardzo poskąpił. Gdyby tylko niemiecki nie ranił tak jej uszu, chętnie pomieszkiwałaby za zachodnią granicą. Ale tylko od czasu do czasu - bo z natury jest domatorką, która uwielbia polskie krajobrazy, historię i kulturę. Szczęśliwa żona, początkująca matka, spełniona kobieta (kolejność nieprzypadkowa).

Dodaj komentarz