Wynton Marsalis we Wrocławiu

W ostatnich tygodniach Pru dość często gości w progach wrocławskiego Narodowego Forum Muzyki. Tym razem miała okazję wysłuchać fenomenalnej III Symfonii „Swing Symphony”, którą skomponował sam Wynton Marsalis.

Było trębaczy wielu

Pierwsze, co rzuciło się nam w oczy po przyjściu na koncert, to … średnia wieku. NIECO wyższa niż nasza. A to oznacza, że już na wejściu poczuliśmy się swojsko 🙂 Panowie pod krawatami, panie – bywało – i w wieczorowych kreacjach, toczone szeptem spory o palmę pierwszeństwa w odwiecznym sporze, czyje interpretacje wariacji goldbergerowskich są lepsze – Keitha Jarreta czy Scotta Rossa. Słowem, kultura przez duże Ka. Zdziwieni bardzo nie byliśmy. Wynton Marsalis zapisał się już przecież w annałach historii muzyki, jako trębacz, który nie tylko ma doskonałą technikę i umiejętność wychodzenia poza kanoniczne interpretacje, lecz także jest doskonałym pedagogiem, a w swojej twórczości daje wyraz swej niebywałej erudycji. No i przede wszystkim udaje mu się łączyć dwa światy: klasyki i jazzu! Dobitnie wybrzmiało to podczas wrocławskiego koncertu.

Gra Marsalisa od zawsze kojarzy mi się z elegancją i taktem. Tam nie ma przypadkowych nut, tam nie ma wahania i pytań bez odpowiedzi. Jego frazy mają doskonałą intonację i kierują ucho słuchacza tam, gdzie Wynton chce. W brzmieniu jego trąbki bez trudu można usłyszeć klasyczne rozwiązania, ale jednocześnie nie wyrzeka się swojego pochodzenia. Słuchając jego popisów, człowiek wyrusza w sentymentalną, wręcz melancholijną podróż do świata, w którym jazz był wyrazem tęsknoty za wolnością i dialogiem równych stron. Oczywiście, że jeśli trzeba, Marsalis potrafi sięgnąć do skarbca brzmień etnicznych i współczesnych eksperymentów, do urywanych dźwięków, które na myśl nasuwają malarstwo Jeana Dubuffeta, ale nie zmienia to faktu, że nowoorleańskie frazowania prędzej czy później wypływają na wierzch historii, którą chce opowiedzieć.

To, co mnie bardzo pozytywnie zaskoczyło, to jego skromność i brak megalomanii. Koncert podzielony był na dwie części. W pierwszej mogliśmy wysłuchać kilku standardów, granych przez jazz band z Lincoln Center Orchestra. Ta krótka wycieczka po Ameryce XX wieku była świetnym preludium do symfonii. Pokazywała ścieżki, które doprowadziły Marsalisa do skomponowania panoramy swingu, którą mogliśmy podziwiać w drugiej części wieczoru, gdzie do bandu dołączyli filharmonicy z orkiestry NFM-u. Podczas wszystkich tych utworów Mistrz siedział w trzecim rzędzie i jeśli już zaczynał jakiś popis, to tylko po to, by zachęcić kolegów do podjęcia z nim dialogu. Ten z kolei miał pokazać bardziej ich umiejętności niż jego. Pod tym kątem wielkie wrażenie wywarł na mnie młodziutki – przynajmniej na tle składu Lincoln Center Orchestra – puzonista Chris Crenshaw.

 

Wielka partytura

Koncert odbywał się w ramach cyklu „Wielka improwizacja”, ale myślę, że określenie tego, co usłyszeliśmy, WIELKĄ improwizacją było WIELKIM nadużyciem. To były trzy godziny uczty dla uszu, ale takiej, która została wykonana ściśle według przepisu. Owszem, było kilka fragmentów, gdzie amerykańscy muzycy pozwolili sobie na swobodne interpretacje, jednak przez większość czasu wpatrywali się w partytury jak sroka w gnat. I – szczerze mówiąc – nie dziwię się, bo „Swing Symphony” to dzieło napisane z iście bachowskim rozmachem. Połamane harmonie, feeria rytmów i brawurowe eskapady do zupełnie odmiennych stylów muzycznych tworzyły monumentalny obraz, gdzie jeden fałszywy dźwięk mógł wprowadzić absolutny chaos. A tak całość była perfekcyjnie wyrzeźbionym pomnikiem. Przy czym dość zabawnie było obserwować, jak filharmonicy próbują się odnaleźć w jazzie. Miałam wrażenie, że co poniektóre Pierwsze Skrzypce spozierały na Marsalisa z rządzą mordu 😉

Prawdziwa improwizacja zaczęła się jednak dopiero po pierwszym bisie. Wynton zachęcił wówczas muzyków na scenie do solowych popisów na podanej frazie. Najpierw zaimprowizowali wszyscy z Lincoln Center Orchestra, a potem odważyło się zagrać także trzech Polaków (choć wiolonczelistka nie odważyła się powtórzyć swej improwizacji, po tym, jak Marsalis uciszył publiczność, by dźwięki jej instrumentu były dobrze słyszane). Najpierw na krótki popis wyrwał się jeden z trębaczy – musiało go to kosztować wiele odwagi. Zwłaszcza, że w porównaniu do trąbki Mistrza jego brzmiała blado i niepewnie. Ale chylę czoła, że mu się chciało. Potem niezły popis jazzowej improwizacji dał wibrafonista, ale tu akurat nie było zaskoczenia, bo Miłosz Rutkowski z jazzem ma wiele wspólnego.

Po takich smaczkach nie chcieliśmy wypuścić muzyków ze sceny i owacja na stojąco trwała dopóty, dopóki Marsalis nie powiedział „dość” swoją trąbką. Zamknął wieczór piękną, spokojną melodią zagraną na trąbce bez żadnego akompaniamentu, podczas której więcej powiedział ciszą niż dźwiękami. CU-DO-WNE. I chwytające prosto za serce.

Grunt to rodzinka

Wynton Marsalis należy do klanu jazzmanów. Dość rzec, że jego bratem jest TEN Branford – wirtuoz saksofonu, a pozostała czwórka rodzeństwa też nie grywa do kotleta. A jeśli nawet grywa, to dałabym wiele, by podawać tej rodzince do stołu 🙂 Posłuchajcie zresztą sami:

Podczas koncertu Wynton opowiedział zabawną anegdotkę ze swojego życia. Przed zagraniem bodajże „Hello Dolly” z repertuaru Louisa Amstronga wspomniał, że miał szansę usłyszeć ten utwór na żywo w 1968 r. Tata zapytał 7-letniego wówczas Wyntona, czy chce iść na koncert Amstronga. Nie chciał 🙂 „Pamiętajcie, nigdy nie pytajcie dzieci, czy chcą posłuchać dobrej muzyki. Po prostu każcie im iść ze sobą” – stwierdził, gdy ucichła salwa śmiechu. Zdanie to, jak się domyślacie, mocno rezonuje w sercu Pru 🙂

Prudencja
W życiu i słowie ceni rozwagę, odpowiedzialność i konsekwencję. I poczucie humoru, choć talentu do opowiadania dowcipów Pan Bóg jej bardzo poskąpił. Gdyby tylko niemiecki nie ranił tak jej uszu, chętnie pomieszkiwałaby za zachodnią granicą. Ale tylko od czasu do czasu - bo z natury jest domatorką, która uwielbia polskie krajobrazy, historię i kulturę. Szczęśliwa żona, początkująca matka, spełniona kobieta (kolejność nieprzypadkowa).

Dodaj komentarz