Z cyklu: jeśli nie szkoła, to co?

Temat w sumie jest dla mnie i mojej Rodziny melodią przyszłości. Ale znowu nie tak daleką, a i w najbliższym otoczeniu jest w ostatnich latach dość regularnie wałkowany. Szkoła i posyłanie do niej dzieci.

Osobiście jestem za, choć widzę jej niedostatki i – niestety – ciągłe reformy, które zamiast ją zmieniać na lepsze, tylko dokładają problemów. Z zaciekawieniem przyglądam się różnym eksperymentom edukacyjnym, modom na nowe metody i trendy w praktyce nauczania. Nic więc dziwnego, że z uwagą przeczytałam artykuł o „unschoolingu” (szczerze mówiąc, moją uwagę przykuł głównie wydumany – moim zdaniem – tytuł:) Z całym artykułem można zapoznać się tutaj.)

Artykuł, jak artykuł. Nic nowego mi nie powiedział. Ale komentarze pod były bardzo ciekawe:). Dwa spodobały mi się szczególnie. W jednym zwrócono uwagę na to, że alternatywnymi metodami nauczania interesują się tylko ci, co nie mają kredytów hipotecznych na głowie, pracy od 7-17.00 i nieustannej obawy, czy na pewno uda się domknąć budżet na koniec miesiąca. „Coś w tym jest” – pomyślałam. W drugim – wskazano, że przeciwnicy alternatywnych metod nauczania chętnie wyciągają ciężkie armaty w argumentach i zazwyczaj przy okazji rzucają mięsem w tych, którzy nie wybierają powszechnej ścieżki edukacji. A przecież nikt nikogo do niczego nie zmusza. Może więc warto dać spokój ludziom, którzy swoich dzieci do szkoły nie chcą posyłać i po prostu dać im szansę na wybranie swojej drogi, a nie odsądzać ich od czci i wiary już na początku ich zmagań? „Też prawda” – przyszło mi do głowy.

Sama chcę, by moje Dzieci do szkoły chodziły. Uważam, że system edukacji w obecnym kształcie jest niczym demokracja. Jest zły, ale dotąd nic lepszego nie wymyślono. Znam więc jego wady, ale i tak uważam, że pod kątem przystosowania człowieka do życia w społeczeństwie, pod kątem doświadczania praktyki demokracji – jest to optymalne dla rozwoju młodego człowieka rozwiązanie. Myślę przy tym, że bardzo istotne jest, by sam rodzic  miał świadomość wartości i przekonań, które chce dziecku wpoić i wiedział, po co  wysyła go do szkoły. Czy po to, by przygotować je do zdawania testów, czy by rozwijać ich talenty i konfrontować z bogactwem świata i ludzi. Nie jest to oczywiście łatwe zadanie – w momencie, w którym dziecko zetknie się z innym światem niż ten, którego doświadcza w rodzinnym domu, na pewno pojawi się wiele trudnych sytuacji, emocji i dylematów. Ale trudne, nie znaczy gorsze. Wierzę, że te konfrontacje pokażą moim dzieciom, że świat jest pełen zaskakujących stron i barw, a mnie i Najlepszego z Mężów zmuszą, byśmy z nimi uczyli się o tym bogactwie rozmawiać. Bo w moim odczuciu wszystko zawsze zależy koniec końców od człowieka. Od rodzica i od dziecka. Jeśli między nimi jest prawidłowa więź, to rodzic będzie potrafił odpowiednio wcześniej dostrzec i ocenić, jak szkoła na dziecko oddziaływuje. Jeśli rodzic będzie dla swojego dziecka rodzicem, tzn. nie – kumplem, nie – bogiem, nie – mentorem, a właśnie Rodzicem, w tym najbardziej idealnym rozumieniu, to będzie dla niego najważniejszym (przez pewien czas:)) punktem odniesienia. A dzięki temu nawet w takich ramach jak szkoła, będzie potrafił dziecku dać potrzebną do rozwoju swobodę. Musi tylko sam mieć wyrobiony pogląd na rzeczywistość.

Dla mnie kapitał społeczny i emocjonalny, który wyniosłam ze szkoły, jest w tej mierze bezcenny i czerpię z niego do dziś. A system był dla mnie raczej szansą zetknięcia się z nowymi wyzwaniami i perspektywami, niż klatką, która zabiła moją kreatywność. Ale zdaję sobie sprawę, że wszystko jest kwestią osobistych doświadczeń. Staram się więc nie zakładać z góry, że dzieci wychowywane w szkołach demokratycznych albo uczone w domach przez rodziców będą „upośledzone” społecznie. Choć przyznaję, że przychodzi mi to z ogromną trudnością.

Prudencja
W życiu i słowie ceni rozwagę, odpowiedzialność i konsekwencję. I poczucie humoru, choć talentu do opowiadania dowcipów Pan Bóg jej bardzo poskąpił. Gdyby tylko niemiecki nie ranił tak jej uszu, chętnie pomieszkiwałaby za zachodnią granicą. Ale tylko od czasu do czasu - bo z natury jest domatorką, która uwielbia polskie krajobrazy, historię i kulturę. Szczęśliwa żona, początkująca matka, spełniona kobieta (kolejność nieprzypadkowa).

3 Replies to “Z cyklu: jeśli nie szkoła, to co?”

  1. Z tego artykułu podoba mi się cytat Pani prof. dr hab. Anny Zielińskiej
    „- Proszę zwrócić uwagę na to, że wszelkie alternatywne formy edukacji od szkół wyznaniowych, poprzez demokratyczne aż po edukację domową, w której to rodzice animują kontakty społeczne swoim dzieciom, są związane z funkcjonowaniem młodych w bardzo jednolitym wycinku społeczeństwa. Dzieciom takim redukuje się do minimum kontakty z innymi środowiskami. Uczą się i wychowują wśród ludzi o bardzo podobnym światopoglądzie, a często też statusie majątkowym. Zderzenie z „prawdziwym światem” w życiu dorosłym może być dla nich bolesne”.

    Ano, i nieważne, czy takie „przekonanie się” nastąpi dopiero w szkole ponadgimnazjalnej, na studiach, czy w pracy. Ludzie są różni, a szkoła, co by o niej nie mówić, uczy jak z nimi postępować i układać – jeśli nie dobre, to chociaż poprawne relacje.

    Poza tym, ciekawa jestem ile tacy rodzice w roli nauczycieli wytrzymają – albo dziecko (jako młodzież) z nimi. Nie pamiętam dokładnie, jak to było, gdy miałam 16 lat, ale chciałam się od rodziców trzymać jak najdalej 😛

  2. Acha, nie jest prawdą, że w szkole „systemowej” nie ma miejsca na kreatywność. Wszystko – jak zawsze – zależy od nauczycieli. Są fajne programy, wspierane przez „wyższe instancje”, które rozwijają dzieciaki – takie międzynarodowe (ale już zaszczepione w Polsce) „Destination imagination” albo wrocławskie pomysły edukacyjne – „Od inspiracji do kreacji” czy „Młodzi Obywatele Kultury/Nauki/Świata” (trzy programy, tylko ja je tak połączyłam). To nie są programy, które mają rok czy dwa, niektóre już kończą drugą dekadę działania, a dzieciaki w nie zaangażowane są na studiach, pracują.
    Mądrzy pedagodzy, którym się chce, tego powinno się szukać w szkole dla potomka. Nie zawsze dobry poziom szkoły (edukacyjny, egzaminacyjny), to dobry poziom kształcenia kreatywnego, kulturalnego, ogólnorozwojowego po prostu.
    Howgh!

  3. Chodzę do szkoły od 7 roku życia, czyli tak gdzieś …50 lat :-0 (teraz sobie to uświadomiłam, brrrrrrrrrr) Z drugiej strony biurka jakieś 35 lat. Niektórzy moi uczniowie twierdzą, że pamiętam wyjście Żydów z Egiptu i przejście przez Morze Czerwone, co stanowczo dementuję. Ale zęby na edukacji zdarłam (nawet bez przenośni) i zgadzam się, że jest to instytucja skostniała i przestarzała, mimo ,,bycia” przez 35 lat w chronicznej reformie, ale jak na razie niczego lepszego nie wymyślono. Szkoła, nawet ta daleka od ideału, jest mikrokosmosem i to tam młody człowiek zdobywa doświadczenie i wiedzę o otaczającym go rożnorodnym świecie (niekoniecznie na lekcjach). Od belfrów zależy bardzo dużo i znam takich, którym się chce, a wbrew powszechnej opinii, nie jest to tylko garstka. Dla pełnego obrazu różnorodności swiata młodemu człowiekowi potrzebny i belfer mistrz, i belfer rzemieślnik, i belfer obibok też. Sama należę do KAŻDEJ powyższej kategorii.

Dodaj komentarz